Największe kłamstwo polskiej edukacji

Obecne zmiany planowane przez Ministerstwo Edukacji Narodowej konserwują polską szkołę w XIX wieku – uważa prof. dr hab. Bogusław Śliwerski, od 2011 przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych Polskiej Akademii Nauk. Proponuje rewolucyjne zmiany, jakie mogłyby przenieść naszą oświatę w XXI wiek.

– Czy polska edukacja zmieni się na lepsze po zmianach planowanych przez minister Zalewską?
– Na razie projekt zmian jest bardzo mglisty, ale nie sądzę, żeby coś się gruntownie poprawiło?

– Dlaczego?
– Bo dzieci i młodzież mamy z XXI wieku, a model szkoły z XIX wieku.

– Na jakiej podstawie Pan Profesor tak sądzi?
– Weźmy takie podręczniki. Poprzednie władze w MEN wprowadziły tzw. darmowy, czyli finansowany z podatków. I ogłosiły to za sukces. Obecne władze w MEN chcą zastąpić jedyny podręcznik trzema alternatywnymi. I też ogłaszają, że to wielki sukces. Dlaczego trzy, a nie osiem albo dwanaście? Nie wiadomo. Czyli pierwsza choroba to ręczne zarządzanie, jak za czasów Bismarcka. Minister wie lepiej, co jest najlepsze dla danej szkoły, danej klasy. Urzędnik, a nie nauczyciel. A szkoły są bardzo różne, nawet jeśli są odległe od siebie o 500 metrów. Ale gdybyśmy wprowadzili autonomię nauczyciela, znajdziemy się gdzieś w latach 70-tych XX wieku. W wieku XXI możemy powinniśmy zapytać “a na choinkę nam podręczniki”?

– Jeśli nie podręczniki, to co?
– MEN naprawdę z XXI wieku wyrzuciłby drukowany podręcznik do kosza. Dałby szkołom szybkie łącza internetowe i dobrą sieć Wi-Fi w klasach. Tablety wypożyczane dla każdego ucznia, które można tanio odkupić po zakończeniu szkoły. No i platformy edukacyjne, które powinny zastąpić papierowe pomoce naukowe. Teraz mamy uczniów, którzy są on-line i szkołę, która jest off-line. Efekt jest taki, że młodzież zdobywa wiedzę gdzie indziej – poza szkołą, a nauczyciel przestaje być autorytetem.

– To chyba utopia?
– Jaka utopia? Tak działają na przykład szkoły w Holandii. Uczeń loguje się do swojego konta, a nauczyciel do swojego. Uczeń też sam planuje sobie organizację niektórych zajęć w szkole, pozalekcyjnych, np. dotyczących realizowania dodatkowych sprawdzianów (w wyniku nieobecności w szkole) czy kierowanego samokształcenia z pomocą nauczycieli (tzw. szkolne, a zatem darmowe korepetycje). Platforma służy nie tylko do przekazywania wiedzy, ale i do oceny oraz samooceny. Za jej pośrednictwem można realizować też projekty wspólne. Uczeń korzysta z zewnętrznych źródeł i uczy się je weryfikować chociażby pod względem wiarygodności. A ilu polskich nauczycieli potrafi wskazać, że dane źródło internetowe jest mniej, albo bardziej wiarygodne? Jeśli tego nie zmienimy, uczniowie będą jeszcze dalej bardziej oddalali się od szkoły, uznawali ją za nieużyteczny obowiązek.

– W czym jeszcze dostrzega Pan zaszłości XIX wieku?
– W postrzeganiu ucznia z perspektywy wieku kalendarzowego, a nie rozwojowego oraz postępów w edukacji. Wypychamy w określonym wieku dzieci do szkół, kiedyś w wieku siedmiu lat, potem przez chwilę sześciu i znowu siedmiu. A potem przepychamy je z klasy do klasy. Jeśli nie nadąża, “zostaje na drugi rok” co mocno stygmatyzuje. Więc jeśli się da, “przechodzi”, nawet jeśli nie nabędzie całej wymaganej wiedzy i umiejętności. A potem dalej wciskamy je w określony system, którego metą ma być dyplom studiów, najlepiej magisterskich.

– To źle, że tak mocno wzrosła liczba studentów?
– Tak, bo wielu z nich się obiektywnie nie nadaje do studiowania. Za to byłoby na przykład świetnymi rzemieślnikami, robotnikami, usługodawcami itp.

– No, ale mówimy o wyrównywaniu szans edukacyjnych. Chcemy tego.
– Bo wywiesiliśmy na sztandarach największe kłamstwo polskiej, ale nie tylko polskiej oświaty – że szkoła może wyrównywać szanse edukacyjne. Żadna szkoła nie wyrównuje, bo nie może wyrównać. Wszystkie dostępne badania z obszaru nauk pedagogicznych mówią jasno, że najważniejsze jest kapitał rodzinny i społeczny. Bez tego żaden system edukacyjny nie zrobi z ucznia orła. Ani ośmioletnia podstawówka, ani sześcioletnia z trzyletnim gimnazjum. To jeszcze jeden powód, dla którego obecne zmiany nie przyniosą skutków. Jakość edukacji nie zależy od organizacji struktury ustroju szkolnego. Jeśli chcemy coś zmienić na lepsze, powinniśmy zmienić jego jakość. A to byłoby przewrócenie do góry nogami wielu mitów.

– Na przykład jakich?
– Że wszyscy uczniowie powinni jak najdłużej realizować taki sam program szkolnictwa powszechnego. To kolejny błąd z korzeniami w XIX wieku.

– To jak powinniśmy zbudować ustrój szkolny w XXI wieku?
– Jak najwcześniej rozdzielić różnicować uczniów ze względu na predyspozycje, umiejętności i motywację oraz chęci do pracy. Jednocześnie zachowując pionową i poprzeczną drożność systemu. Dzięki temu unikniemy tego, co obecnie dzieje się w gimnazjach, a za chwilę pewnie w starszych klasach podstawówki. Czyli gromadzenia w jednym miejscu zarówno nastolatków chcących się dalej kształcić, jak i tym nie zainteresowanych. Czasami z przyczyn obiektywnych – brak zdolności, a czasami z braku chęci. Zmuszani na siłę do kształcenia akademickiego działają destrukcyjnie na cały zespół klasowy, ośmieszają nauczycieli, niszczą etos zdobywania wiedzy. Tego nie zmienimy. Możemy za to zmienić system, zapewniając im inne drogi edukacji.

– Jak by to wyglądało w praktyce?
– Dziecko w przedszkolu jest kwalifikowane do szkoły w oparciu o wiek rozwojowy, kiedy osiągnie dojrzałość szkolną. To nie wyssana z palca teoria. Tak działa system edukacji np. w takich krajach jak Niemcy, Austria czy Szwajcaria. Potem zaczynamy kurs alfabetyzacyjny czyli nauczanie wczesnoszokolne. Czyli Do tego etapu wszystkich kształcimy w taki sam sposób, rozpoznając ich uzdolnienia, zainteresowania, jednak nie w klasach jednolitych rocznikowo. Uczniowie w różnym tempie zaliczają wymagane treści. Jednemu to zajmie pewnie dwa lata, a innemu cztery albo i sześć. Tak działa system edukacji np. w Finlandii. W kolejnym etapie jednak uczniów rozdzielamy zgodnie z ich możliwościami i aspiracjami.

– Czyli nie ma jednej szkoły drugiego stopnia?
– Nie ma, bo nie musi być. Tak funkcjonuje edukacja np. w Czechach. Moim zdaniem szkoły drugiego stopnia powinny dzielić się na trzy rodzaje. Po pierwsze szkoły gimnazjalne o profilu akademickim, na przykład czteroletnim. Trafiali by do nich nieliczni uczniowie, którzy chcieliby docelowo pójść na studia o profilu akademickim. Potem trafialiby do liceum, które kończyłaby matura o dalej kształcili się na w szkołach wyższych. Pewnie w jednym roku byłoby to 20 proc. absolwentów szkoły powszechnej, w innym 30 albo 40 proc. Równolegle działałyby dwa typy szkół, do których trafiałaby większość uczniów. Szkoły główne miałyby profil techniczny i dalszym ukierunkowaniem na technika, a po maturze studia o profilu praktycznym. Pozostali trafialiby do dwuletnich szkół realnych, nastawionych na preorientację do rzemiosła lub aktywności artystycznej czy sportowej.

– Nie wykluczamy w ten sposób części dzieci i młodzieży?
– Przeciwnie, To obecny system stygmatyzuje absolwentów zawodówek, jako tych gorszych. Dlatego kiedyś chcieliśmy mieć jak najwięcej absolwentów uczelni. Efekt jest taki, że wartość dyplomu szkoły wyższej spadła. Tutaj mamy trzy ścieżki i od początku mówimy, że każda z nich jest dobra. Pamiętajmy też o założeniu poprzecznej i pionowej drożności systemu.

– Jak to rozumieć?
– Poprzecznym, czyli jeśli uczeń jest w pierwszej klasie gimnazjum akademickiego i ewidentnie “nie daje rady”, może bez problemu przenieść się do szkoły głównej albo realnej. I odwrotnie, jeśli ktoś objawi ponadprzeciętne zdolności i chęci do nauki – może płynnie przejść do gimnazjum. Przez drożność pionową z kolei rozumiem możliwość przejścia całej ścieżki edukacyjnej bez “ślepych uliczek”, jakimi obecnie są np. szkoły policealne. Czyli każde dziecko czy to w gimnazjum, szkole głównej czy realnej mogłoby w przyszłości zostać profesorem.

– Dziękuję za rozmowę.
– Dziękuję.

Rozmawiał Sebastian Szczęsny

Komentarze

Komentarze