Kto czyta dziecięce pamiętniki?

Kontrolujesz komórkę swojego dziecka i czytasz SMS-y? Zaglądasz do jego konta na Facebooku jeśli zapomni się wylogować? Przeglądasz historię w przeglądarce, żeby sprawdzić jakie strony internetowe odwiedzało? Masz założony system kontroli rodzicielskiej na urządzeniach elektronicznych? Jeśli tak, ktoś może zarzucić brak zaufania do dziecka i naruszanie jego prywatności. Jeśli nie – ktoś inny oskarży, że nie przejmujesz się jego bezpieczeństwem. O to samo można oskarżyć nauczyciela w zależności od sytuacji.

Sprawy prywatności naszych dzieci nie są wynalazkiem czasów social media. Kiedy ich nie było, także zastanawialiśmy się nad ich granicami. Czy rodzic może czytać pamiętnik dziecka? Czy nauczyciel może zaglądać do liścików puszczanych pod stołem między uczniami? Czy może użyć wiedzy z rozmowy usłyszanej przypadkiem w szkolnej toalecie? I jak teraz, ocena zachowania rodzica czy nauczyciela zależała od sytuacji. Jeśli jego wynikiem było coś pozytywnego – skłonni jesteśmy chwalić. Jeśli coś złego – pewnie będziemy szukać powodów do potępienia. Tymczasem sprawa nie jest wcale jednoznaczna.

Dwa samobójstwa
Koło popielawskiego gimnazjum piętnastoletnia Weronika zginęła pod kołami TIR-a. Rodzina jest przekonana, ze istnieje związek śmierci córki z Facebookową szkolną aferą. Ma za złe nauczycielowi, że upublicznił zawartość prywatnej grupy dyskusyjnej, w której córka była administratorką. Grupa zawierała treści obraźliwe i groźby wobec nauczycieli. Zawiadomiona dyrekcja podjęła stosowne kroki. Uczennica miała po nich targnąć się na swoje życie, chociaż wersja o samobójstwie nie jest przesądzona. Jednak jesteśmy skłonni potępić nauczyciela, że pokazał dyrekcji szkoły treści z portalu społecznościowego. W końcu grupa była prywatna, a pedagog zapewne zyskał do niej dostęp, bo ktoś z uczniów zapomniał się wylogować z komputera. Komputera szkolnego zapewne.

W odległym od Popielaw o 200 kilometrów Bieżuniu powiesił się czternastoletnia Dominik, inny gimnazjalista. Powody samobójstwa były zapewne złożone.Czuł się źle w szkole. Dokuczali mu inni uczniowie, czuł się źle traktowanym przez nauczycieli. Pewnie dogryzano mu nie tylko w realu, ale i w Internecie (bo który z gimnazjalistów tam nie funkcjonuje). Co by było, gdyby chłopak zwierzył się z myśli samobójczych na jakiejś zamkniętej grupie facebookowej? I gdyby jakiś wścibski nauczyciel wydrukował takie treści i przekazał je dyrekcji? Czy nadal byśmy potępiali pedagoga za naruszenie prywatności? Gdyby dzięki temu dałoby się uratować życie dziecka?

Ufaj i kontroluj
Zarówno sprawa w Popielawach, jak i w Bieżuniu nie są jednoznaczne. Wszystko wskazuje na to, że zarówno wychowawcy i dyrekcja w jednej, jak i drugiej szkole działali błędnie lub nawet nagannie w obliczu narastających przez pewien czas problemów. Jednak tych z Popielaw można oskarżyć o zbytnią ingerencję w prywatność uczniów, a tych z Bieżunia o zbytnią bierność. I do jednych i do drugich pedagogów czują żal i obwiniają ich o śmierć swych dzieci. Chociaż mogliby oskarżać się o to sami. W sumie przecież pozostawili swoje dzieci same w sferze internetowej i przez to narazili je na niebezpieczeństwo. Śmiertelne w skutkach.

Zastanówmy się więc, gdzie mamy postawić granicę prywatności – my, rodzice. Oczywiście zaufanie do naszych córek i synów jest dobre. Jednak jesteśmy także ich opiekunami. Mamy obowiązek dbać o ich bezpieczeństwo. A jeśli zagrożenie czai się w sieci – także tam je chronić. Myślę, że od czasu “Sali samobójców” przynajmniej część rodziców zdaje sobie sprawę, że czasami lepiej ingerować za bardzo w intymność dzieci, niż za mało. Jasne inwigilowanie aktywności dziecka na urządzeniach elektronicznych to żaden powód do dumy. Podobnie jak nie było nim czytanie dziecięcych pamiętników.

Warto to robić dyskretnie. Im dziecko starsze, tym bardziej delikatnie. Jednak okres gimnazjum to dość “małpi” okres w życiu naszych synów i córek. Myślę, że dopiero szkołą ponadgimnazjalna to okres, w którym większość dzieci rzeczywiście na dobre dorośleje i można zdjąć im siatkę bezpieczeństwa spod internetowej trampoliny. Jednak jeśli podejrzewałbym, że z moją córką dzieje się coś nie tak, to włamałbym się nawet na jej konto nawet po osiągnięciu przez nią pełnoletności.

Czy ufasz nauczycielowi?
Wróćmy jednak do szkoły. Tu pojawia się sprawa kluczowa. Czy mamy zaufanie do nauczyciela naszej córki czy syna? Jeśli tak, to powinniśmy uznać, że działa w naszym imieniu. W końcu szkoła pełni także funkcję wychowawczą i opiekuńczą. Wychowuje i sprawuje niejako opiekę w imieniu nas – rodziców. Zatem nie powinniśmy mieć pretensji, jeśli nauczyciel reaguje na złe zachowanie uczniów. Bo zdaje się, że nikt nie broni uczniów z Popielaw, twierdząc że mieli prawo bluzgać na nielubianych nauczycieli i odgrażać się, co to im nie zrobią. Tak było od wieków, tyle że zamiast na Facebooku, takie teksty padały “na fajce” pod szkołą czy “w kiblu”. Albo w listach podawanych pod ławką. I jeśli usłyszałby to albo przeczytał nauczyciel (zwłaszcza ten znielubiany), to sprawcy mieliby za swoje.

Inna rzecz, że 20 lat temu sprawa nie byłaby kryminalizowana. Nie byłoby mowy o wzywaniu policji. Były inne sankcje, nie wszystkie godne pochwały (ach te kantorki WF-istów). Jednak w obecnych czasach i przy obecnych przepisach nauczyciel albo dyrekcja czasami nie ma wyjścia. Nie ma innych sankcji poza obniżeniem oceny z zachowania, na którą często uczniowie sobie bimbają. A gdyby nie zareagowali zgodnie z prawem, to pewnie by ich opisał jakiś tabloid prasowy, internetowy albo telewizyjny. I interwencyjni dziennikarze podnosiliby się ze słusznym oburzeniem, że “szkoła nic nie zrobiła”.

Komentarze

Komentarze