| Ekofilozoficzna fabryka problemów |
| wtorek, 22 września 2009 08:20 |
|
Specjaliści od rozmyślania już nie raz przekonali nas, że skomplikować można wszystko, a każda kwestia może stać się przedmiotem filozoficznego namysłu. Niekoniecznie potrzebnego… Niestety, na niektóre poczynania można tylko patrzeć ze zgrozą, bo głową muru się nie przebije, zwłaszcza, jeśli budowa tego muru ma tak szerokie poparcie wśród tzw. autorytetów. Na „budujący” pomysł wpadli tym razem sympatycy ekologii, którzy w niewymagający dużego nakładu pracy sposób, mianowicie przez wrzucenie do jednego „worka” mądrości z różnych dziedzin, zafundowali nam intelektualną uciechę zwaną EKOFILOZOFIĄ.
Wróg czy ofiara? Ekofilozofia, znana także jako filozofia żyjąca (Skolimowski), skupia się na dwóch biegunach problemu ekologicznego: z jednej strony ekosystem, z drugiej człowiek. Zgodnie z wszystkimi koncepcjami ekofilozoficznymi, środowisko ma poważny problem. Co więcej, my też go mamy, bo nie potrafimy o nie zadbać, a raczej mu szkodzimy, wciąż bardziej i bardziej. Wypadałoby podziękować za zwrócenie naszej uwagi na tak zupełnie pomijaną przez większość współczesnych filozofów kwestię, ale trzeba uważać, komu dziękujemy, bo nie każdy ekofilozof kocha człowieka równie mocno, jak rzeczki, gleby czy świstaki. Niektórzy ekomyśliciele chętnie i otwarcie głoszą poglądy, że lepiej by było gdybyśmy my, jako ludzka rasa, wymarli. Lepiej dla kogo? Pewnie dla wszystkich i wszystkiego… Póki co, nie musimy jednak obawiać się masowej eksterminacji, gdyż o wiele silniejszą grupę stanowią ekofilozofowie przychylni człowiekowi i domagający się zagwarantowania mu tego, co zapewniać powinny prawa człowieka – ochrony życia i zdrowia, a także czystego, nieskażonego środowiska. Pomysł na XXI wiek Na powstanie ekofilozofii składać może się wiele komponentów – jedne będą ważne dla samych twórców, inne dla kontynuatorów, jeszcze inne wskazywać będą przeciwnicy i sceptycy. Nie trudno się jednak domyślić, że ekofilozofowie odwołują się w swoich pracach do dokonań naukowców w tej dziedzinie. Pierwszym bodźcem będzie zatem publiczna i naukowa debata nad problemami środowiska, wraz ze wskazaniem na rolę człowieka, także w kontekście przyrodzonych mu praw. To właśnie z medialnego szumu wokół bolączek ekologicznym wyrastają pokraczne teorie i hipotezy, być może pobudzające wyobraźnie, ale dalekie od konkretów. Po drugie, „winna” jest sama filozofia. Niewątpliwie, co jakiś czas rodzaj ludzki nękały okresy dekadencji i zwątpienia w to, że zostało jeszcze coś do zrobienia, odkrycia, że mamy jeszcze jakąś misję. Filozofowie końca XX wieku, jakby w obawie by nie stracić „swoich czasów” w próżnych lamentach, postanowili wziąć się w garść i zacząć robić coś konstruktywnego, pragmatycznego i, niestety, nowatorsko pustego. Z której by strony nie spojrzeć, ekofilozofia wydaje się być wisienką na torcie schyłku wiedzy kontemplatywnej. Oddajcie naukowcom to, co naukowe… Jak wygląda struktura metodyczna i merytoryczna tej XXI – wiecznej hybrydy? Dlaczego to, co zawsze łączyło się z sobą w naturalny sposób lub wręcz zlewało w jedno – filozofia i nauka – wydało tak sztuczny i naiwny twór, jakim jest ekologia „filozoficzna”? Żeby znaleźć odpowiedź na to pytanie, trzeba by postawić sobie następne – czym jest filozofia? Częścią kultury. A nauka? Także. Mimo tego instynktownie czujemy, że istnieje między nimi diametralna różnica, której dzisiaj już znieść nie możemy, bo za daleko zaszliśmy. Jest to raczej fakt, nie problem. Filozofia nie będzie nauką, nauka nie będzie filozofią i w tym tkwi ich „urok”. Większość zainteresowanych tematem wydaje się z tym zgadzać. Natomiast ekofilozofowie to kolejny przykład tego, że bez bólu nie ma zabawy. Możliwe jednak, że ekofilozofia nie była owocem bolesnego porodu poszukiwaczy rewelacyjnych przepisów na sukces akademicki, ale błyskotliwą myślą, która zjawiła się i zakwitła… Wychwalana przez jednych, stała się solą w oku innych, obiektem dyskusji, zarzutów, śmiechu, wreszcie świętego oburzenia – wedle ekomyślicieli ich filozofia miałaby pretendować do miana nauki (Dołęga). Do wszystkiego – do niczego Ekofilozofia to zebrane razem: wiedza naukowa, wątki antropologiczne, teorie społeczno - - etyczne, a wszystko w nowej, ekologicznej aranżacji. Ekologia to problem wszechrzeczy. Przedstawiciele tej formacji wypowiadają się głównie w duchu panteistycznym – przedstawiają świat jako jeden żywy byt, w którym każda jego część pozostaje w ścisłej zależności od pozostałych. Do klasycznych, typowo ontologicznych wersji tej koncepcji ekofilozofowie dodają jeszcze byt społeczny, twór charakterystyczny dla dwóch ostatnich stuleci z powodu wyodrębnienia się i rozwoju nauk społecznych, złożony z jednostek moralnych, poruszających się, obok świata przyrody, również w sferze wartości. Ekofilozofia omawia oczywiście problemy poszczególnych elementów środowiska, tych ożywionych i nieożywionych, np. problem wartościowania u zwierząt. Wszystko wydaje się być podszyte rzetelną wiedzą specjalistyczną z konkretnych nauk ścisłych i społecznych, musi jednak pojawić się element czysto kontemplatywny, aby można było mówić o „filozofii”. Ekofilozofowie uważają efekt swojego namysłu za systemowy obraz rzeczywistości przyrodniczo – społecznej, uważają, że ma on wydźwięk praktyczny, a zaaplikowane w ich książka pomysły mogą być z powodzeniem realizowane. „W praktyce” wygląda to tak, że naukowcy radzą sobie i bez pomocy ekofilozofów, którzy są chyba przekonani, że ich pomysły zrewolucjonizują ruchy i działania proekologiczne. W rzeczywistości, zatapiając się w tak różnorodną tematykę integrującą tak wiele dziedzin wiedzy, chcąc tropić ekoproblemy w każdym aspekcie życia, zaciera się to, co powinno być jasne i sprecyzowanie – określone działanie. Nadal można utrzymywać, że prace ekofilozofów spełniają choćby funkcje edukacyjne podnosząc świadomość społeczną. Niestety, zamiłowanie większości ludzi nazywających siebie „filozofami” do komplikowania sobie i innym życia, odbija się w nikłej przejrzystości tekstów dla „zwykłych zjadaczy chleba”. Nikt nie twierdzi, że gimnastyka intelektualna jest zbędna czy szkodliwa, w odpowiednich proporcjach oczywiście. To, że powstają nowe teorie i pomysły, nie jest problemem samym w sobie. Jednym z celów powstawania nawet tych zbędnych, „na siłę” kreowanych koncepcji jest możliwość skonfrontowania ich z rzeczywistością, własnymi poglądami w publicznej i otwartej dyskusji. Problem jest obiektem dyskusji. Bez niej problemu nie ma. Czym będzie więc problem ekologii? Środowiska, moralności czy wyłącznie ludzkiej obecności?
A. Mathiesen
|
Komentarze
W każdej myśli jesteś Ty,
Lubię patrzeć w Twoje oczy,
Kiedy mówisz: ja i Ty!
Czasem myślę: Czy to warto?
Czy naprawdę kochasz mnie?
Czy nam kiedyś będzie dobrze,
Czy nam kiedyś będzie źle?
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.