Sześć petard edukacyjnych na nowy rok

Wybuchają właśnie fajerwerki wokół uchwalanej ustawy o wieku rozpoczęcia wieku szkolnego. Obserwuję je bez większych emocji, bo nowe przepisy raczej nikomu głowy nie urwą. W szafach Ministerstwa Edukacji Narodowej skrywa się przynajmniej sześć innych “wybuchałek”, od których może naprawdę eksplodować polska edukacja.

Skąd się bierze mój spokój podczas dyskusji o wieku szkolnym? Mam więcej zaufania do rodziców, niż poprzednie i obecne władze MEN. Obserwowałem w końcu, co się działo podczas trwającego przez minionych kilka lat “tanga pierwszaków”. Krok w przód, dwa kroki w przód, pół roku w bok… Jako ojciec dziecka “rocznik 2006” byłem wciągnięty w ten korowód. Odraczać? Przyspieszać? Szukać innej szkoły, niż rejonowa? Daliśmy radę? Daliśmy. To i przy kolejnym obertasie się nie wywrócimy.

Obstawiam, że w roku szkolnym 2016/17 większość rodziców pokieruje się zdrowym rozsądkiem. Rodzice siedmiolatków nie zdecydują się gremialnie na decyzję o powtarzaniu pierwszej klasy. A większość rodziców sześciolatków chodzących do przedszkola po prostu wyśle swe dzieci do szkoły. A jeśli będzie inaczej? Przy decyzjach podejmowanych w marcu będzie jeszcze sporo czasu do “poukładania” nieuniknionego bałaganu. “Ratowanie maluchów” jest moim zdaniem posunięciem czysto politycznym. Można odpalić ten fajerwerk realizacji obietnic wyborczych bez zbytniego dymu. Zagrożenie pożarowe jest znacznie większe przy innych petardach wyzwań edukacyjnych.

1. Karta Nauczyciela. To chyba najbardziej niebezpieczny materiał wybuchowy. Wszyscy (łącznie nawet ze związkowcami) wiedzą, że trzeba ją zmienić lub zlikwidować. Nie bardzo wiadomo jak i kiedy. Poprzednie władze MEN chciały Kartę brutalnie pociąć na serpentyny przy huku wrzasków na leniwych, aroganckich nauczycieli. Nowe władze MEN na razie obchodzą petardę szerokim łukiem, starając się nie wywoływać zbędnego konfliktu. Jednak problemu nie da się ignorować na dłuższą metę. Coś z tym trzeba zrobić, jednak do rozbrojenia tej petardy potrzeba zręczności sapera.

2. Demografia. Zwykle mówi się o demograficznych wyzwaniach polskiej szkoły przy okazji porównań liczby uczniów i nauczycieli. Konkluzja wtedy jest najczęściej jedna – za mało mamy dzieci, a za dużo pedagogów. Można by potraktować tę sytuację jako szansę – np. zmniejszając odgórnie limit maksymalnej liczby dzieci w klasie. Wtedy nauka byłaby bardziej efektywna w mniejszych grupach. Jednak ten problem demograficzny, to jedynie kapiszon przy prawdziwej bombie demograficznej – starzejących się kadrach nauczycielskich. Średni wiek nauczyciela wynosi 42 lata i stale rośnie. Nic dziwnego, przejście na emeryturę wiąże się dla nauczyciela z totalną pauperyzacją. MEN musi znaleźć zatem pomysł na rozmrożenie struktury zatrudnienia. Na przykład nowy system wsparcia dla nauczycieli seniorów. Alternatywą jest wielkie bum wywołane przez konflikt absolwentów szkół szukających pracy w szkole i zbyt stare wygi trzymające się etatu za wszelką cenę.

3. Jakość nauczania. W ocenie jakości polskiej edukacji dominują skrajne opinie. Od “jest świetnie, prawie jak w Finlandii” do “totalny upadek dobrego szkolnictwa”. Tajemnica zawiera się w dwóch słowach “podstawa programowa”. Tak często się zmienia, że brakuje nam sensownego punktu odniesienia. Podstawa programowa to także główny czynnik jakości polskiej szkoły. Znacznie ważniejszy, niż podział na etapy edukacji. Nie ważne więc, czy będziemy mieli system 6+3+3 lata czy 4+4+4. Czy 8+4 czy też 10+4. W każdym z nich można edukację poprowadzić sensownie. Ważne co i jak uczeń będzie się uczył w każdym z tych lat spędzonych w szkole. Jeśli ktoś mnie pyta czy jestem za, czy przeciw likwidacji gimnazjów, odpowiadam “nie wiem”. Zobaczę projekt podstaw programowych, to się wypowiem. Dlatego też uważam, że wprowadzana właśnie zmiana rozpoczęcia wieku edukacji jest zbyt szybka. Za mało czasu, żeby do września 2016 przygotować dobrze podstawę programową dla “nowej zerówki” i “nowej klasy pierwszej”. Czy katastrofa z ekspresowym wprowadzaniem “darmowego” podręcznika niczego nas nie nauczyła? Co się stanie, jeśli potraktujemy tworzenie systemu podstaw programowych, podręczników oraz testów dla absolwentów jak do tej pory – czyli jako radosną twórczość “na chybcika”, bez ładu i składu? Poziom edukacji będzie coraz słabszy. Nauczyciele coraz bardziej sfrustrowani. Uczniowie coraz gorzej wykształceni. Wielkiej eksplozji tutaj nie będzie. Ta petarda będzie wypalać się w ciszy i smrodzie.

4. Jakość nauczycieli. No dobrze, to nieprawda, że podstawa programowa to główny czynnik jakości polskiej edukacji. To znaczy nie cała prawda – bo równie istotna jest kondycja kadry pedagogicznej. Trzeba więc pomyśleć jak ją kształcić, bo obecny system pozostawia sporo do życzenia. A potem jak oceniać ową kadrę, bo nie można dalej od tego uciekać. Bo nauczyciele nie lubią być oceniani (swoją drogą, kto z nas lubi być ocenianym przez szefów)? Coś tam się dzieje przy okazji przyznawania dodatków motywacyjnych, ale Bogiem a prawdą i nauczyciele i dyrekcje szkół najczęściej mają to w głębokim poważaniu. Mamy więc petardę wielką jak dom. Trzeba zbudować system oceny jakości pracy pedagogów zupełnie od zera. Zastanowić się, co oceniamy, jak oceniamy, kiedy oceniamy, kto ocenia. I po co to robimy. To znaczy jakie konsekwencje ma zła, a jakie dobra ocena owej pracy. Tak, aby nie wyszły z niej zimne ognie, to znaczy produkowanie bez sensu kolejnej “papierologii”.

5. Profesjonalizacja nauczycieli. Marzę o czasach, kiedy przed szkołami zapłoną wielkie stosy z egzemplarzami “Siłaczki” Stefana Żeromskiego. Polska szkoła nie potrzebuje Staś Brzozowskich niosących w ciemny lud kaganek oświaty. Na początku niesie się go może z entuzjazmem, a z biegiem lat z coraz bardziej skwaszonym humorem. Poza tym – już nie czasy kaganków, a i lud nie taki znów ciemny. Potrzebujemy fachowców od edukacji na pełen etat. Zimnych profesjonalistów, z pasją wykonujących zawód cieszący się prestiżem społecznym. To oczywiście wymaga wspomnianego już “ruszenia” Karty Nauczyciela, ale najpierw – poważnych inwestycji w szkołach. Nie tylko w sprzęt i pracownie, ale np. w pokoje do pracy nauczycielskiej – gdzie można by przygotować się do lekcji i oceniać sprawdziany. Wtedy możemy zacząć więcej wymagać. Na przykład rejestrować indywidualny czas pracy. A zarazem budować system budowania pozytywnej motywacji. Liczy się okazywanie szacunku przez władze oświatowe. O to w poprzedniej kadencji MEN nie było łatwo – a w obecnej widać pozytywne przebłyski. Ale powiedzmy sobie szczerze – bez zmian w systemie wynagradzania ani rusz. Bez porządnej pensji po 15 latach pracy trudno o entuzjazm. Skończmy też z demotywującymi kwotami dodatków motywacyjnych czy za wychowawstwo – jeśli mają wpływać na jakość pracy. Apeluję – tylko profesjonalne środki pirotechniczne zapewnia nam bezpieczne budzenia płomienia wiedzy wśród uczniów.

6. Finanse na edukację. Kołdra na edukację jest zawsze za krótka. Widać to nawet teraz, kiedy toczy się dyskusja o wielkości i kształcie budżetu edukacyjnego na 2016 rok. Cięcia, cięcia, cięcia. Samorządy jęczą, że subwencja oświatowa jest za mała. Nauczyciele patrzą na paski z pensjami i kiwają smutno głowami. A pieniądze tutaj są najważniejsze. O ich niedobór może rozbić się projekt nawet najbardziej ambitnych zmian. Albo też zmiany mogą przybrać przybrać taki kształt, że zamienią się w swoją karykaturę. Największe obawy mam tutaj, kiedy słyszę o zmianie struktury szkół (likwidacja gimnazjów), która nie będzie kosztowała tyle, co “paczka koperytek”. Obawiam się więc prowizorki. Kiedy mówię o pieniądzach, to mam na myśli także budżet na realizację projektów, na wyjście poza mury szkoły. Jest wiele klas (zwłaszcza wiejskich), które nie stać na wyjazd do kina, teatru, muzeum, centrum nauki. Nie stać na atrakcyjne pomoce dydaktyczne. Trzeba te pieniądze potraktować jako inwestycję. Jeśli zatem chcemy mieć petardę z deszczem confetti na lekcjach, nie każmy nauczycielom po godzinach wycinać kółeczek dziurkaczem w makulaturze.

Sebastian Szczęsny

Komentarze

Komentarze