Szczepienie dzieci i inne bzdury, czyli rozmnażanie “wielepiejów” – TataF

Jestem rodzicem i wiem lepiej. Wiem lepiej od pediatry, że lepiej nie szczepić dzieci. Obowiązek szczepień to tylko spisek koncernów farmaceutycznych. Wiem lepiej od pedagogów, że szkoła jest szkodliwa dla sześciolatków. Obniżenie wieku szkolnego to tylko knowania polityków. Wiem lepiej, że moje dziecko może bezpiecznie jechać samochodem bez fotelika. Obowiązek ich posiadania to efekt lobbingu producentów. Wiem lepiej, że myślenie logiczne jest stanowczo przereklamowane. Pochwała posługiwania się mózgiem to tylko krecia robota jajogłowych.
Moja córka F ma już prawie dziewięć lat. Czasami z jej głowy wychodzą przerażające stwory z odrażającymi mackami. To “wielepieje”. Wtedy kilkuletnia dziewczynka myśli, że “wie lepiej” od swoich rodziców, jak działa świat. Najlepszą metodą na “wielepieje” jest stworzenie możliwości, aby F sama przekonała się, jak jest naprawdę. Nawet, jeśli zaraz potem próbuje upierać się przy swoim zdaniu, to w końcu przyjmuje do wiadomości faktyczny stan rzeczy. “Wielepiej” ginie wtedy zabity rzeczywistością.

Jednak ta metoda postępowania nie sprawdza się, gdy w grę wchodzi zagrożenie życia lub poważne zagrożenie zdrowia. Jej albo innych żywych stworzeń. Wtedy rodzic musi skorzystać z prawa do powiedzenia “wiem lepiej bo trochę dłużej żyję na tym świecie, a Ty jesteś dzieckiem które wie mniej i dlatego masz mnie słuchać”. F wtedy jest ciężko obrażona, że narusza się jej indywidualność oraz prawo do samostanowienia. Trzeba wtedy wzruszyć ramionami, powiedzieć “no trudno” i robić swoje.

Tak moim zdaniem powinny działać mechanizmy opresji stosowane przez aparat państwowy. Wiesz lepiej? Działaj jak sobie wymyśliłeś. Jestem zwolennikiem zasady “volenti non fit iniuria” – “chcącemu nie dzieje się krzywda”. Dopóki konsekwencje postępowania dorosłego obywatela odbijają się tylko na nim – niech robi co chce. Jeśli chcesz jeździć bez pasów samochodem – siadaj i jedź. Jeśli chcesz przechodzić na czerwonym świetle – droga wolna. Jeśli chcesz truć się narkotykami – smacznego. Tylko weź też na klatę konsekwencje swoich czynów. Nie oczekuj, że społeczeństwo będzie płacić za leczenie Twoich obrażeń powypadkowych lub leczyć z uzależnienia. Jeśli każdy będzie wiedział, że musi być odpowiedzialny za swoje czyny – będzie postępował bardziej rozsądnie.

Kiedyś uważałem, że zasada owa powinna też dotyczyć dzieci, w imieniu których decyzję podejmują rodzice. Z punktu widzenia całego gatunku, takie zachowanie byłoby racjonalne. Jeśli rodzic idiota nie zapnie pasa sobie i dziecku, to śmierć całej rodziny w wypadku zadziała jak mechanizm darwinowski. Geny “idiotyzmu w podróży” też zginą. Jeśli niezaszczepione dziecko umrze na powikłania po odrze, to jego rodzice nie przekażą następnym pokoleniom swojego mało rozsądnego nastawienia do życia. Jeśli rodzic “uratuje malucha” i jego dziecko zacznie edukację później od rówieśników, będzie miało gorszy start. Inny młody człowiek wyprzedzi go w wyścigu o lepsze wykształcenie i pracę.

Jednak odkąd sam mam dziecko, nieco ‘zmiękczyły” się we mnie idee zachowania doboru naturalnego w gatunku homo sapiens. Trochę odeszliśmy od starorzymskich reguł patria potestas, kiedy ojciec miał bezwzględne władztwo nad życiem i śmiercią dziecka. Uznajemy współcześnie, że państwo w pewnych sytuacjach może, a w innych wręcz musi wkroczyć opresyjnie między rodziców i dzieci ograniczając prawa rodzicielskie.

I żądam, aby państwo polskie właśnie zachowywało się jak rozsądny, dorosły rodzic, kiedy jego obywatele zachowują się jak uparte dziewięciolatki. Niech wzruszy ramionami i robi swoje. Sanepid musi egzekwować obowiązek szczepień. Nawet jeśli jakiś obywatel “wie lepiej” od epidemiologów i pediatrów, że szczepienia to “samo zuo”. Kuratoria oświaty powinny stworzyć niezależny od rodziców system obowiązkowego badania gotowości szkolnej. Nawet jeśli jeśli jakiś obywatel nie wierzy pedagogom, że wcześniejszy start edukacji, to większe możliwości rozwoju dla dziecka. Mało tego – jestem zdania, że np. sądy winny nakładać kuratelę ograniczającą władzę rodzicielską nad rodzicami, którzy przewożą dziecko bez fotelika lub z rozpiętymi pasami. Nawet jeśli jakiś obywatel uważa, że dziecku nic się nie stanie przy awaryjnym hamowaniu. Jeśli rodzice zachowują się, jak by nie potrzebowali mózgu – dajmy im do nadzoru jakiegoś homo sapiens.

Niestety władze państwowe zachowują się, jak rodzic znerwicowany i niekonsekwentny. Bez przemyślenia i przygotowania całej operacji. Sześciolatki do szkół? Tak, teraz – wszystkie. Nie – teraz jak rodzic chce. Nie – teraz tylko do połowy rocznika. Gdybym tak egzekwował od mojej F swoje nakazy i zakazy, w pół roku straciłaby do mnie zaufanie i poczucie bezpieczeństwa. A jej “wielepieje” rozmnożyłyby się ponad wszelką miarę.

Komentarze

Komentarze