Portret niby-mamy, czyli o adopcji w szkole. TataF

Niekompetencja – to pierwsze słowo, które nasuwa się po przeczytaniu opowiadania „Portret mamy” wchodzącego w skład “darmowego” podręcznika dla pierwszaków. Przynajmniej nasuwa się osobom znającym realia rodzicielstwa adopcyjnego i rodzin zastępczych. Autorka materiału Anna Onichimowska chciała dobrze, a wyszło jak zawsze. A wystarczyło sięgnąć do realiów i twórczo je wykorzystać.

„Portret mamy” to opowiadanie o Wojtku z rodziny adopcyjnej lub zastępczej. Ma niby-rodzinę. Niby-mamę, niby-tatę, niby-braci Antka i Kubę oraz niby-siostry Hanię i Zosię. Zosia uważa, że Wojtek „niby jest, a nie jest” jej bratem, ponieważ dla niej rodzice są prawdziwi, a dla Wojtka nie. Sam bohater opowiadania zresztą uważa obecną mamę za “przyszywaną”. Z kolei młodsza siostra Zosia jest w sytuacji podobnej do Wojtka i “jest trochę dzika. Siedzi w kącie i wcale się nie odzywa. Mama tłumaczyła im, że muszą być dla niej mili i że Zosia potrzebuje czasu, żeby się do nich przyzwyczaić”. Dla bohaterów opowiadania całość kończy się nieźle. Hania uznaje, że Wojtek ma prawo nazywać mamę swoją, a Zosia się uśmiecha.

Obawiam się, że dla młodych i dorosłych czytelników lektura będzie miała znacznie mniej pogodny finał. Już zaprotestowało Stowarzyszenie “Nasz Bocian”, że opowiadanie utrwala stereotypy, stygmatyzuje i może źle wpłynąć na dzieci w klasie o sytuacji podobnej do Wojtka. Sprawę opisała też „Gazeta Wyborcza”. Niestety muszę zgodzić się z kiepską oceną tego materiału. Nie dlatego, że temat nie jest ważny, ale sytuacja dość mało realistyczna.

Moja F była adoptowana jako czteromiesięczna dziewczynka i od początku wiedziała, że jest “adoptusiem”. Wie rodzina, wiedzą znajomi i sąsiedzi, wiedzą koleżanki z podwórka, wiedziały i przedszkolanki oraz dzieci z przedszkola. Świadoma wyjątkowej sytuacji mojej córki jest też szkoła. Znam także innych rodziców adopcyjnych oraz osoby prowadzące rodziny zastępcze. Myślę, że każde z nas może wskazać palcem “co tu się nie zgadza”.

Nauczycielka każe narysować mamę. Czy to znaczy, że nie jest świadoma sytuacji Wojtka? Nie wie, że ma z tym problem emocjonalny? Nie przegadała tego w gronie klasy? W opowiadaniu mamy przecież 26 maja, niemal koniec roku szkolnego. Każdy wychowawca z “wojtkowym” dzieckiem do tego momentu już na pewno zetknąłby się z wyzwaniem “inności” swego ucznia. Jeśli uznałby, że dziecko jest niepewne kto jest naprawdę jego mamą, raczej nie dawałby jako zadanie domowe rysowanie “portretu mamy”. W niezbyt dobrym świetle wyznaczenie takiego zadania domowego stawia nauczyciela z opowiadania, a co gorsze może to powielać złe wzorce czyli przemilczanie trudnych sytuacji w klasie przez wychowawcę.

Konflikt rodzeństwo biologiczne – niebiologiczne. Spór między bohaterami napędza narrację. Wszyscy znamy konflikt Kopciuszka z córkami obecnej niby-mamy. Jednak w realnym świecie sytuacje takie nie są zbyt prawdopodobne. Mało tego, my rodzice znamy świetnie odwrotną sytuację z opowieści śp. Justyny Jurczenko-Topolskiej “Bociany przylatują zimą”. Opisane w opowiadaniu zachowanie Hani świadczyłoby, że nie akceptuje sytuacji rodzinnej. Czy można wskazać jakiegoś rodzica adopcyjnego lub osoby prowadzące rodzinę zastępczą, które zdecydowałyby się na przyjęcie nowego dziecka do domu bez pełnej akceptacji dzieci biologicznych, wyjaśnienia im sytuacji? Zwracam uwagę, że czytelnicy po lekturze mogą dojść do wniosku, że nazywanie mamy Wojtka “niby-mamą” i “przyszywaną” to w sumie nic złego, skoro nawet siostra i on sam tak postrzegali sytuację.

To w końcu adopcyjna czy zastępcza? Autorka prześlizguje się nad tą kwestią i być może jej zdaniem jest to bez znaczenia dla sytuacji Wojtka. Jednak znaczenie ma i wyjaśnienie sprawy rozbiłoby całą narrację w proch. Wojtek nie pamięta rodziców biologicznych. Czyli pod tym względem jest w identycznej sytuacji jak moja F. Jednak nigdy nie miała wątpliwości, kto jest mamą, a kto tatą. Kiedy pojawił się ten temat w rozmowach z rówieśnikami klasowymi, sprawa szybko się wyjaśniła. F mieszka ze swoją mamą, a urodziła ją inna pani, której nie zna. Z rozmów z rodzicami, których dzieci adopcyjne pamiętają rodziców biologicznych wynika że, nie pojawia się określenie “niby-mama” albo “przyszywana”. Może być “nowa mama”. A to już brzmi zupełnie inaczej. Jeszcze prościej jest w przypadku rodziny zastępczej. Tam zwykle dorośli są wujkiem i ciocią (mimo, że same dzieci czasem dążą do nazywania ich mamą o tatą). Sama idea jest przecież taka, że mama i tata mieszkają gdzie indziej, ale docelowo powinni zamieszkać ze swoimi dziećmi. Wystarczy obejrzeć kilka odcinków serialu “Rodzina zastępcza”, żeby wiedzieć w czym rzecz. W obu więc przypadkach adopcja / rodzina zastępcza Wojtek nie miałby kłopotu z nazywaniem rodziców. Dlatego zgadzam się z zarzutami, że określenia z opowiadania są w tym kontekście pejoratywne.

Zosia przestaje być dzika. Nazywanie w opowiadaniu Zosi “dziką” uznała za stygmatyzujące nawet dr Iwona Chmura-Rutkowska. Nawet za niewłaściwe uznała więc recenzentka podręcznika, dla której nie są problemem określenia typu “niby-mama” i “przyszywana mama”. Moim zdaniem większym problemem jest przedstawianie prostej recepty na wyjście dziecka w traumatycznej sytuacji nowego domu. Wystarczy być miłym, a w dwa tygodnie zacznie się uśmiechać. Serio? Ja raczej znam sytuacje związane z długą pracą rodziców albo rodziny zastępczej z terapeutami.

Ktoś może powiedzieć, że to przecież opowiadanie dydaktyczne, a nie reportaż. Po co czepiać się szczegółów, najważniejsze że został poruszony trudny temat. – Tekst nie ma koloryzować rzeczywistości, ale przygotować sześcio-, siedmiolatki do tego, że mogą mieć kolegów i koleżanki z różnych rodzin, ma uczyć tolerancji i traktowania innych ludzi z dużą dozą wyrozumiałości. A użyte w czytance słownictwo daleko odbiega od okrutnego czy piętnującego kogokolwiek, z którym spotykają się dzieci niemieszkające ze swoimi biologicznymi rodzicami – tłumaczy w „Gazecie Wyborczej” rzeczniczka MEN Joanna Dębek.

Intencje zatem MEN były zacne. Jednak sposób w jaki przedstawiono wyzwanie świadczy o zupełnym braku znajomości tematu. Przy tak delikatnej materii wypadałoby dobrać zręczniej narzędzie i zaczerpnąć wiedzy źródłowej. Nie pisać o tym, co wydaje się autorowi czy recnezetom (“wyobrażam sobie, że tak właśnie mogła wyglądać rozmowa kilkulatków”). Poczytać wspomnienia spisane przez rodziców adopcyjnych i prowadzących rodziny zastępcze. Pójść posłuchać lekcji wychowawczej na ten temat do klasy, gdzie jest “wojtkowy” uczeń. Skonsultować się z pedagogami z ośrodka adopcyjnego. Poprosić o wsparcie ekspertów i rodziców ze Stowarzyszenia “Nasz bocian”. A chociażby i poczytać realne historie szkolne z forum “Naszego bociana”. Byłoby wtedy i kompetentnie i skutecznie.

Domyślam się jednak, że przy szaleńczym tempie nad obowiązkowym przecież, “darmowym” podręcznikiem narzuconym przez decyzje polityczne, trzeba było pisać materiały na kolanie. Współczuję rodzicom młodszych dzieci “wojtkowych”, które będą musiały stykać się z “Portretem”. Na szczęście mojej F ta rozkosz została oszczędzona.

TataF (a może niby-TataF)

Komentarze

Komentarze