Polska edukacja czyli mieszanie łyżką zamiast cukru

Kolejna ekipa w Ministerstwie Edukacji Narodowej powiela mit, że od ustroju szkolnego zależy jakość edukacji – uważa prof. dr hab. Bogusław Śliwerski, od 2011 przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych Polskiej Akademii Nauk. Twierdzi, że nadal w MEN rządzi idea ręcznego zarządzania oświatą.

Był Pan jednym z ostrych krytyków polityki oświatowej Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Z czego ona wynikała?
Z tego samego, co zarzucam wszystkim władzom Ministerstwa Edukacji Narodowej po 1993 roku, czyli ze zdrady idei “Solidarności”. Właściwie tylko prof. Henryk Samsonowicz realizował jako minister w rządzie premiera Mazowieckiego założenia reformy edukacji zawarte w porozumieniach sierpniowych w 1981 roku i potwierdzone w 1989 roku przy Okrągłym Stole. Tak naprawdę jestem więc krytykiem całego procesu zmian w polskiej oświacie realizowanych przez różne rządy – lewicowe, liberalne i prawicowe.

Co Pana zdaniem było zaprzeczeniem idei solidarnościowych w oświacie?
Odeszliśmy od dwóch podstawowych filarów, na jakich miała opierać się oświata po upadku PRL. Po pierwsze odejście od centralnego zarządzania oświatą czyli jej decentralizacja systemu szkolnego i decentracja władzy. W praktyce oznaczało to przekazanie szkół samorządom – zarówno pod względem odpowiedzialności za majątek, jak i za jakość edukacji. Po drugie autonomia nauczycieli w obszarze programu nauczania i wychowania. Tak stworzony system budowałby społeczność, gdzie szkołą zarządzałyby wspólnie rady pedagogiczne i rady szkół rodziców. Tego wszystkiego nie ma. Samorządy zostały obciążone tylko finansami, ale nie mają mocy decyzyjnej w wielu ważnych obszarach. Szkołą zarządza z kolei dyrektor szkoły, który może zupełnie nie liczyć się z opinią nauczycieli i rodziców w danej szkole. Mamy ręczne sterowanie z jednej strony przez MEN, a z drugiej przez Wydziały Oświaty samorządów. Nie ma demokracji.

Czy po zeszłorocznych wyborach jest lepiej?
Nie jest lepiej. MEN pod rządami pani minister Zalewskiej to kontynuacja tej samej kultury zarządzania oświatą i mechanizmów władztwa. Pod względem przedmiotowego traktowania nauczycieli i szkół niczym się nie różni od poprzedników. Zmieniła się warstwa ideowa z dominacji preferencji lewicowo-liberalnych jako dominujących na narzucanie systemu konserwatywnych idei. Nadal mamy centralizm i urzędnikom z Alei Szucha wydaje się, że wiedzą lepiej co jest dobre dla szkoły nawet w najmniejszej miejscowości. Tak się nie da kierować kompetentnie edukacją. Można się obrażać, ale niekompetencja PiS jest tutaj taka sama, jak w przypadku SLD, PO czy PSL. Mało tego, konfliktogenna jest sytuacja, gdy ideowo spora część samorządów jest przeciwna polityce daleko od ekipy w MEN, co tworzy wymarzoną sytuację dla partii opozycyjnych do wykorzystywania ramienia władzy. Władze zaś mają pretekst do nasilania centralizmu i dzielenia społeczeństwa. Samorządy nie są tu bez winy, bo są mocno zdominowane przez przedstawicieli partii politycznych, a przecież miały być apartyjne, bazując na środowiskowych elitach. Nie zależy im, żeby budować społeczeństwo postawy obywatelskie czy wspierać autentyczną samorządność. Od lat przekształcają się w środowiska walki o nomenklaturowe miejsca pracy dla wygranych.

Czyli w praktyce nic się nie zmieniło?
Porównajmy jak wprowadzała minister Kluzik-Rostkowska tzw. darmowy podręcznik, a jak minister Zalewska ostatnie zmiany w oświacie. I w jednym i w drugim przypadku nie był to projekt rządowy, bo wymagałby konsultacji społecznych. Zatem w obu przypadkach zmiany wprowadzano jako inicjatywę posłów – wtedy PO i PSL, a teraz PiS. Dalsze działania związane z nowelizacją ustaw są już tylko socjotechniczną nakładką.

Czy jednak obecne władze MEN nie budują podmiotowości nauczycieli bardziej niż poprzednicy? W końcu przeprowadziły cykl konsultacji społecznych. Powołały też Ekspertów Dobrych Zmian.
To nie były żadne konsultacje, tylko – jak słusznie określiła to A. Zalewska – DEBATY. To był gest ruch czysto propagandowy. Przemieszczanie się od województwa do województwa przedstawicieli MEN z prezentacjami na temat planowanych zmian to nie konsultacje społeczne. Tam nie było prawdziwych debat. Nie było miejsca na dyskusję. Była formuła: MEN mówi, nauczyciele słuchają. Uczestnicy przecież niekiedy wychodzili poirytowani trzaskając drzwiami. Poza tym nie sięgnięto głębiej w tematyce spotkań – jaka tak naprawdę ma być oświata, jak i po co ma działać MEN, jaka ma być makropolityka oświatowa, jakie ma być prawo oświatowe, jaka rola kuratoriów oświaty itd. Za to powstało wrażenie, że ministerstwo chce rozmawiać. Podobnie w przypadku tzw,. Ekspertów Dobrych Zmian. Wyniku ich pracy nikt nie zna, są czysto wirtualne. Nie widziałem żadnych namacanych dowodów, że praca tych ekspertów miała inny sens poza budowaniem ładnych dekoracji.

Jak Pan ocenia zmiany dotyczące nauczania przedszkolnego i wczesnoszkolnego? Trzeba było “ratować maluchy”?
Moim zdaniem masowe wyprowadzenie sześciolatków do szkół było błędem i dobrze, że nowe władze MEN zdecydowały się odwrócić takie rozwiązanie. Nauczycielki w przedszkolach genialnie sprawdzały się w roli przygotowania dzieci do nauki w szkołach podstawowych. Osiągały efektywność alfabetyzacji siedmiolatków na poziomie 99%. To jedna z najlepiej wykształconych grup kadry pedagogicznej w Polsce, w dodatku z wyjątkowo wysokim poziomem motywacji wewnętrznej. Szkoły nie były przygotowane na pracę z sześciolatkami taką grupę uczniów. Uczenie sześciolatków ich wymaga innego modelu edukacji. Posyłanie dzieci obowiązkowo do szkoły bez względu na ich wiek rozwojowy, a więc indywidualny poziom dojrzałości do uczenia się, to kardynalny błąd. Nie od wieku życia zależy efektywność kształcenia.

Teraz także posyłamy dzieci do szkół bez względu na wieku rozwojowy, tylko rok później.
Tak, ale siódmy rok życia jest wiekiem granicznym, kiedy dojrzałość szkolną osiąga zdecydowana większość populacji. W tym wieku rozpoczyna się edukacja szkolna np, w Finlandii wychwalanej za wysoką jakość osiągnięć szkolnych oświaty.

Planowana likwidacja gimnazjum to dobry ruch?
Jaka likwidacja gimnazjum? To tylko słowa, zmiana tabliczki na budynku. Proszę zaobserwować jak zachowuje się MEN. Chce za wszelką cenę uratować twarz. PiS obiecało likwidację gimnazjów w kampanii wyborczej i stara się udowodnić, że spełnia te obietnice. Z drugiej strony mamy silny ruch obrony gimnazjów, związany m.in. ze szkolnictwem wyznaniowym, czego partia prawicowa nie może lekceważyć. Gimnazja katolickie zawsze kształciły elity. Wypuszczane są zatem co jakiś czas próbne balony, jak opinia publiczna zareaguje na taki pomysł, jak na inny. Mówi się o strukturze ośmioletniej szkoły. Obiecuje jednak, że wartościowe szkoły gimnazjalne – np. przy liceach – nie zostaną uśmiercone, bo będą mogły funkcjonować w odrębnych budynkach jako II poziom szkoły podstawowej. Mamy dylemat trzylatka – jak zjeść ciastko i mieć ciastko. Trudno wypowiadać się o tym co zastąpi obecne szkoły podstawowe i gimnazja, zanim nie ujrzymy projektu ustawy i podstaw programowych.

A wydłużenie liceum do czterech lat oraz zmiany w technikach i szkołach zawodowych?
Cykl czteroletni jest oczywiście lepszy niż trzyletni. Daje możliwość budowania trwalszej wspólnoty edukacyjnej na poziomie ponadgimnazjalnym. I tutaj jednak proponuję poczekać z komentarzami do czasu ogłoszenia konkretnych koncepcji. Dużo zależy od tego, jakie swobody w układaniu profili kształcenia będą mieli dyrektorzy szkół. Oni najlepiej wiedzą, jakie są oczekiwania rynku czyli z jednej strony rodziców, a z drugiej szkół wyższych. I zapewniam, że są w stanie je spełnić w warunkach zapewnionej autonomii. Z kolei szkolnictwo zawodowe już się zmieniło. To nie jest reforma PiS, ale poprzedników z PO – PSL. Kilka lat temu rozpoczęła się gruntowna przebudowa, dostosowanie do potrzeb rynku pracy. Pozyskano na nią miliony euro z Unii Europejskiej i wpompowano w infrastrukturę, wybudowano szereg nowoczesnych pracowni i laboratoriów w technikach i zawodówkach. Jeśli PiS nic nie zepsuje, te zmiany będą kontynuowane, tyle że pod inną nazwą. Szkoły branżowe? Brzmi nieźle, a grunt jest mocno przygotowany.

Czy po zmianach planowanych przez rząd PiS może być lepiej?
Jestem sceptyczny po tym, co do tej pory usłyszałem o planowanych reformach.

Dlaczego?
Bo kolejna ekipa MEN powiela mit, że od struktury ustroju szkolnego zależy jakość edukacji. Może być dobrze działający być system szkolnictwa powszechnego w cyklu ośmioletnim, dziewięcioletnim, dziesięcioletnim. Drugi etap edukacji może zacząć się po klasie czwartej, piątej, szóstej, siódmej, ósmej albo dziewiątej. To naprawdę nie ma znaczenia. Herbata nie robi się słodsza od samego mieszania łyżką. A prawdziwego cukru w tej herbacie nie widzę. Czyli nadal brak jest wprowadzania demokracji do szkół i silnej autonomii nauczycieli. To skutkuje tym, że programy nauczania kształcenia i system edukacji opracowywane są przez partyjnych ekspertów teoretyków, nie mających pojęcia o realnym pedagogice szkolnej w świecie. To właśnie dlatego są one w Polsce tak dalekie od tego, z czym absolwenci spotykają się w życiu, na przykład w karierze zawodowej.

– Dziękuję bardzo.
– Dziękuję.

Rozmawiał Sebastian Szczęsny

Komentarze

Komentarze

( $ *