Pamflet na leniwych nauczycieli

W swojej pracy nie musisz się starać. Możesz za to wymagać, żeby inni wypruwali z siebie żyły. Zmuszasz ich, żeby robili coś bezsensownego, a za rzeczy wartościowe musieli płacić twoim kolegom ciężkie pieniądze. W dodatku wszyscy chwalą cię za sukcesy zawodowe i stawiają za wzór. Za chwilę rząd sprawi, że na twoją pracę będzie jeszcze większy popyt, niż do tej pory. Jesteś nauczycielką lub nauczycielem prestiżowego, elitarnego liceum publicznego w dużym mieście. Prawda?

Chciałbym być dobrze zrozumianym. Nie krytykuję pracy większości z 41 tysięcy nauczycieli liceów ogólnokształcących. Jestem przekonany, że pracują bardzo ciężko, zwłaszcza jeśli ich szkoła mieści się na tzw. prowincji. Nie zamierzam także hurtowo oblewać błotem tych nauczycieli tzw. “dobrych liceów” w dużych miastach, którzy traktują swoją pracę jak misję. Rozbudzają pasje i szlifują uczniowskie diamenty, które dostarcza im obowiązujący system edukacyjny. Nie oceniam en masse i korepetycji, bo spełniają często sensowną rolę w każdym systemie edukacji.

To oskarżenie przeciwko systemowi, który dopuszcza szereg patologii. I wobec tych nauczycieli którzy dostarczoną śmietankę gimnazjalistów wylewają do zlewu. Także przeciw takim dyrektorom szkół, którzy wspierają potiomkonowskie fasady, pozwalając aby gniły im kadry pedagogów lub odwracają wzrok, udając że nic się nie dzieje. Dzieje się, bo absolwenci z tzw. dobrych liceów tworzą elity Rzeczypospolitej – jako lekarze, prawnicy, inżynierowie, urzędnicy czy politycy. W sposób naturalny reprodukują w dorosłym życiu chore wzorce obserwowane w liceach. Nie bez winy są tutaj rodzice, którzy – być może z nieświadomości – kierują wybitne dzieci do “najlepszych liceów w mieście”. Czy naprawdę musi tak być? Nie musi, ale po planowanej przez MEN reformie oświaty sytuacja jeszcze się pogorszy.

Złoto idzie do złota

Ten system działał do tej pory tak: co roku rzesze młodzieży zdają niełatwy egzamin państwowy na koniec szkoły gimnazjalnej. Pytania układane są i sprawdzane anonimowo przez zewnętrznych ekspertów. Sposób przeprowadzenia zmieniał się, ale od 2012 roku trzeba było zdać test w formie trzech części, z których każda trwa w sumie 2,5 godziny:

  • humanistycznej z zakresu historii i wiedzy o społeczeństwie oraz z zakresu języka ‎polskiego,
  • matematyczno-przyrodniczej z zakresu przedmiotów przyrodniczych i z zakresu ‎matematyki,
  • z języka obcego nowożytnego.‎

Wynik z egzaminu państwowego jest jednym z kryteriów przyjęcia do szkoły ponadgimnazjalnej. Inne to oceny z wybranych przedmiotów na świadectwie gimnazjalnym, wyróżnienie oraz inne osiągnięcia – w tym wyniki olimpiad przedmiotowych. Wszystkie kryteria przeliczane są na punkty uwzględniane przy rekrutacji do liceów i techników. Szkoła ponadgimnazjalna może także przeprowadzić wewnętrzny dodatkowy egzamin – np. językowy albo ze sprawności fizycznej. Największe szanse przy rekrutacji do tzw. “dobrych szkół” mają osoby zdolne, aktywne także naukowo, społecznie, artystycznie czy sportowo. Niełatwo jest do nich się dostać. Po dwie osoby na miejsce to standard, ale zdarzają się klasy, gdzie na jedno miejsce przypada nawet pięciu i więcej kandydatów.

Same “dobre szkoły” dbają o prestiż – patronaty nad klasami obejmują oczywiście wydziały znakomitych uczelni. Cóż, mamy w końcu niż demograficzny i dobrze zapewnić sobie dotarcie do zdolnych kandydatów na studia. Spotkamy w prestiżowych liceach patronaty i innych instytucji – np. samorządów prawniczych czy ambasad dużych krajów.

To, że do pewnego rodzaju szkół licealnych trafia grupa “zdolnej młodzieży” jeszcze nie jest moim zdaniem aż tak dużym problemem (“dobre technika” to jednak trochę inna bajka). . Chociaż i tutaj można nieco zarzucić sytuacji, w której młodzi-zdolni trafiają do “dobrych liceów” i nie mają styczności z “mniej zdolnymi”. Bo w dorosłym życiu obie grupy będą miały ze sobą styczność w codziennym życiu. Bez obaw, świadomi rodzice dbają już od przedszkola, aby dziecko miało kontakt z rówieśnikami “spoza klosza” (a na tych snobistycznych rodziców i tak nie ma lekarstwa).

Klasa na obcasach

Prawdziwym problemem jest to, co się w sporej części tych szkół dzieje z najlepszymi z najlepszych absolwentów gimnazjów. Zdolna i pełna pasji oraz ambicji (czasami aż nadto) młodzież, styka się z nauczycielami, którzy postawili się na piedestale i robią, co chcą. Podstawa programowa ich nie dotyczy, a praktyki dobrej dydaktyki mają w głębokim poważaniu.

Zadania chemiczne, z którymi problem mają studenci, a czasem i wykładowcy uniwersyteccy? Nauczyciel, który przez 45 minut czyta treść podręcznika akademickiego monotonnym głosem? Kryteria oceniania wyssane z palca i sprawdziany przygotowane tak, żeby nikt nie miał szans na wyżej niż trójkę – bo na czwórkę umie nauczyciel, na piątkę Pan Bóg, a na szóstkę nikt? Wyniki testów sprawdzających odczytywane klasie z listy bez możliwości wglądu w treść? Sprawdzian dawany uczniowi do ocenym żeby sam znalazł błędy w swojej pracy? Mam wymieniać dalej podobne zachowania?

Efekty są przewidywalne. W końcu to “elitarna szkoła” i nikt nie ma obowiązku jej kończyć. Więc najpierw pojedynczy, a z czasem kolejni uczniowie zaczynają brać korepetycje. Bywają klasy, gdzie wszyscy – dosłownie wszyscy – mają korki. Pytanie, czy w takim przypadku problem leży po stronie zbyt mało kumatych uczniów, czy może jednak po stronie nauczyciela?

Można uciec z tak idiotycznego systemu. Uczeń może się przenieść do bardziej sensownego liceum. Pytanie czy chce i czy wspierają go w tych decyzjach rodzice. Bo walka z systemem nie ma sensu. Kto się zbuntuje? Kto podpisze się pod petycją do dyrekcji o zmianę nauczyciela? Zwłaszcza, że takich wniosków powinno być np. pięć, a innego typu nauczyciela w danym liceum nie spotkasz? Więc “elitarni” uczniowie i ich rodzice kładą uszy po sobie i bulą za korki. Słono – znam przypadek, gdzie miesięczny ich koszt wynosił w sumie 2500 złotych. A stawka często rośnie kiedy korepetytor pozna nazwę szkoły i nazwisko nauczyciela przedmiotu.

W dodatku nie ma tutaj gwarancji sukcesu. Bo nie może być dobrze, jeśli na lekcjach realizowane są treści spoza podstawy programowej, a to, co potrzebne do zdania matury, nauczane jest “po godzinach”. Nie dziwmy się więc, jeśli np. w klasie medycznej w jednym z najlepszych liceów w kraju na studia lekarskie czy stomatologiczne zdają niemal wszyscy, a dostają się dwie osoby.

Wszyscy szczęśliwi

Uzdrowiło trochę system wprowadzenie państwowej, jednolitej dla całego kraju matury. Bo wcześniej nauczyciele sprawdzali prace własnych uczniów i dość prosto było dostać piątkę maturalną “za nazwisko”, nawet w “dobrym liceum”. Zmiana na zewnętrzny egzamin uzdrowiła sytuację tylko trochę, bo trudno, aby uczniowie – wyselekcjonowani już na etapie egzaminu wstępnego do szkoły ponadgimnazjalnej – wypadli kiepsko na egzaminie dojrzałości. Pytanie tylko, czy a ile wysoka średnia w doborowym liceum pokazuje wysiłek uczniów i korepetytorów, a na ile efekt pracy nauczycieli.

W zasadzie trudno się dziwić, że taki system wszystkim odpowiada. Dyrektor jest zadowolony ze splendoru szkoły, w której “trzeba zapieprzać”. Nauczyciel nie musi się starać, gimnastykować, może tylko wymagać. Uczeń ma poczucie, że trafił do elity. Rodzic chce jak najlepiej dla dziecka, więc nic dziwnego, że stara się skierować je do takiego liceum, które “stoi wysoko w rankingach”. A w rankingach liczy się wynik na maturze i sukcesy olimpijczyków. Więc jeśli trzeba płacić korepetytorowi – rodzic pokazuje, że inwestuje w potomka.

Systemu nie zmieni reforma. Wydłuży się tylko o rok okres pobytu „dobrej młodzieży” w “dobrych liceach” o rok. A popyt na pracę nauczycieli licealnych będzie większy, niż teraz.

Rosną elity

Czego uczy nauka w takim wypaczonym “dobrym liceum”?

  • Kto ma władzę, ten może wszystko. Grać wbrew regułom, które sam ustawia. I nikt mu nie podskoczy.
  • Kto ma pieniądze, ten jest w lepszej sytuacji. Kupować coś, na co innych nie stać. Mieć świadomość, że lepiej mieć i być, niż tylko być.
  • Kto ma pozycję życiową, może traktować źle innych. Tych niżej usytuowanych na drabinie hierarchii. Może nimi gardzić, manipulować.

Czy naprawdę chcemy, aby naszym krajem rządziły elity wykształcone według powyższych zasad? Rozejrzyjmy się wokół, popatrzmy kim są teraz absolwenci tych wszystkich “dobrych liceów”. Możemy stawiać ich za wzór naszym dzieciom?

Dodajmy wartości

No dobrze, ale czy można ten system zmienić? Owszem i są już odpowiednie do tego narzędzia – przede wszystkim metoda Edukacyjnej Wartości Dodanej (EWD). W uproszczeniu – pokazuje ona postępy edukacji w danej szkole. Bierzemy ucznia “na wejściu” – np. liczbę punktów podczas rekrutacji w liceum i “na wyjściu: – czyli np. wyniki matury. Przy kumulacji wieloletniej widzimy, jak udaje się nauczycielom danej szkoły wpływać na umysły uczniów, jaka jest jakość pracy pedagogów. Liczmy EWD i róbmy rankingi liceów pod tym kątem. Uwzględniajmy postępy ucznia przy rekrutacji na studia.

Poza tym nauka to nie wszystko. To także tzw. “miękkie kompetencje”. Czy nie lepiej byłoby, aby przyszłym lekarzem czy prawnikiem została osoba, która może ma nieco gorsze wyniki w nauce od konkurenta, ale za to przez liceum pracowała jako wolontariusz w hospicjum? Wprowadźmy zestawienia aktywności społecznej poszczególnych liceów.

No i wisienka na torcie – róbmy ewaluację pracy nauczycieli. Pytajmy, co myślą o nich uczniowie i rodzice. O dydaktyce pedagogów, ich zaangażowaniu, kulturze osobistej. I opublikujmy wyniki zbiorcze np. w serwisach www kuratoriów oświaty. Chociażby w postaci osobnego rankingu.

Tym wszystkim wpłyniemy na decyzje kandydatów do rodziców i ich uczniów

Aha, panie i panowie dyrektorzy “dobrych liceów” – do tego ostatniego punktu nie trzeba zmian systemowych, tylko wsparcia kompetentnych socjologów. Może się okazać, że mamy niekoniecznie tak dobrych nauczycieli, jak nam się do tej pory wydawało.

Sebastian Szczęsny

Komentarze

Komentarze