Osiem bzdur o adopcji na ósme Urodziny Rodziny

Od adopcji mojej córki w tym miesiącu upływa osiem lat. To, co mnie w tym czasie nie przestaje zdumiewać, to poziom niewiedzy większości społeczeństwa na temat sytuacji faktycznej związanej z warunkami adopcji. Przyjrzyjmy się ośmiu częstym, ale nieprawdziwym stereotypom związanym z adopcją.
Niedługo Urodziny Rodziny – czyli dzień w którym pojawiło się w niej dziecko adopcyjne. Kiedy adoptujesz dziecko i spotykasz kogoś, kto też adoptował swoje – macie nie tylko poczucie wspólnoty losów. Także wiedzę na temat tego “jak to naprawdę wygląda”. Jeśli ktoś sam nie uczestniczył w tym procesie i nie ma żadnego znajomego rodzica adopcyjnego – jego głowa pełna jest fałszywych wyobrażeń. Rodzice adopcyjni zdoobywają tę wiedzę głównie na własnej skórze. Ale bardzo może pomóc serwis internetowy Stowarzyszenia “Nasz Bocian” oraz poznani za jego pośrednictwem ludzie.

Biedne dzieci czekają na adopcję
Cóż, okrutna prawda wygląda zupełnie inaczej. Adopcja to czekanie, ale czekanie przyszłych rodziców na dziecko, a nie odwrotnie. Mówiąc brzydko – występuje przewaga popytu nad podażą. Kiedy osiem lat temu adoptowałem córkę, okres oczekiwania na małe dziecko w niektórych ośrodkach adopcyjnych wynosił 3-4 lata. Teraz podobno jeszcze bardziej się wydłużył i dochodzi do 5-6 lat. Większość “czekających” dzieci pokazywanych w wiadomościach telewizyjnych, ma po prostu nieuregulowaną sytuację prawną. Nie mogą być adoptowane, a jedynie trafić do rodziny zastępczej. Czyli w każdej chwili do drzwi może zapukać któryś z biologicznych rodziców – np. pijany “tatuś” albo naćpana “mamusia”. A jeśli zainteresuje się odebranym wcześniej synem czy córką – dziecko może być odebrane rodzicom zastępczym. No ja bym na taki układ nie poszedł. Niestety praktyka działania sądów rodzinnych jest taka, że najczęściej najmniejszy objaw uwagi rodzica biologicznego uznawany jest za “pozytywnie rokujący”. Powiedzmy, że matka biologiczna odwiedza dziecko na tydzień przed rozprawą o odebraniu praw rodzicielskich Rozprawa jest odraczana na kilka miesięcy, dziecko staje się coraz starsze – a co za tym idzie prawdopodobieństwo adoptowania go znacznie spada.

Dzieci do adopcji przechodzą koszmar w domach dziecka
Coraz więcej domów małego dziecka po prostu przestaje istnieć. Są droższe i mniej przyjazne dla dzieci.. W niektórych regionach nie ma ich już wcale. Dzieci oczekujące na adopcję trafiają do pogotowia rodzinnego. To prywatne domy, gdzie są pod dobrą opieką. Moja córka dzięki takiemu indywidualnemu podejściu trafiła do państwa Kwiatkowskich w Koszalinie. Nie tylko karmili ją co pół godziny w dzień i w nocy bo nie przybierała na wadze, ale dzięki nim trafiła do szpitala na badania, gdzie bardzo wcześnie wykryto objawy tarczycy. Gdyby się to nie stało – córka byłaby upośledzona. To prawda, że są takie ośrodki adopcyjne, gdzie pracownicy są zimni i zdystansowani. Taka była jedna z niepracujących już kierowniczek ośrodków w zachodniej Polsce. Jednak większość z pracowników ośrodków z którymi się kontaktowaliśmy – to ciepli, serdeczni ludzie. Takich spotkaliśmy w Poznaniu, a zwłaszcza w ośrodku w Koszalinie, skąd ostatecznie adoptowaliśmy córkę.

Rodzice wybierają sobie dziecko, dzieci wybierają rodziców
W iluż to filmach widzieliśmy? Biurko, pani z ośrodka adopcyjnego, naprzeciwko przyszli rodzice przeglądają wielką księgę ze zdjęciami. Albo inna sytuacja – przychodzą przyszli rodzice do domu dziecka, a tam od razu dostrzega ich przyszły syn i córka. Fakty są inne. Proces adopcji to biurokratyczny bieg przez płotki. A raczej chodziarstwo z przeszkodami terenowymi. Zbieranie dokumentacji, szkolenia, testy. W każdym ośrodku procedura dochodzenia do mety wygląda inaczej, ale jest nią zawsze tzw. kwalifikacja. Dokument, który daje formalne prawo do zostania rodzicem adopcyjnym. Potem następuje czekanie, aż pojawi się “odpowiednie dziecko”. Maksimum wolności rodziców w podaniu kryteriów wyboru dziecka dotyczy wieku (jeśli nie ma za dużej różnicy) i określenia płci (jeśli są w stanie to uzasadnić). Można też podać wytyczne odnośnie stanu zdrowia dziecka (na zupełnie zdrowe i sprawne raczej nie należy liczyć). A kiedy przychodzi do adopcji – nadal kupujemy dziecko “w ciemno”. My godząc się na taką a nie inną dziewczynkę, braliśmy w zasadzie “kota w worku”. Dostaliśmy kartę zdrowia na godzinę przed pierwszym spotkaniem i gorączko konsultowaliśmy ją przez telefon ze znajomymi lekarzami i Wujka Google. O rodzicach biologicznych nie wiedzieliśmy kompletnie nic, poza ich danymi personalnymi. Byłbym spokojniejszy, gdybym wiedział np. jakie były choroby dziedziczne w rodzinie biologicznej. Z adoptowaniem starszych dziećmi jest inaczej, ale na pewno nie wygląda to tak, jak mówią stereotypy.

Ktoś “prześwietla” przyszłych rodziców
Chciałbym wierzyć, ze rodzice adoptujący dzieci są starannie dobierani. Ale to mało prawdopodobne. Może czasami bierze się pod uwagę zbliżony kolor oczu, włosów, karnację skóry. Ale pod względem ewentualnego odsiewania pod względem cech osobowościowych czy wyłapywania ewentualnych złych motywacji do adopcji? Zapomnijcie. Pracownicy ośrodka adopcyjnego nie są w stanie poznać rodziców w czasie kilkunastu godzin, w jakich się kontaktują. Dwie wizyty w warunkach domowych też nie są miarodajne. Może to drobiazg, ale nikt nawet nie zweryfikował moich opinii od pracodawcy i z organizacji społecznych, które załączyłem do wniosku adopcynego. A po rozprawie adopcyjnej, rodzice są pozostawieni samym sobie – w oczach prawa niczym się nie różnią przecież od biologicznych. Co oznacza, ze za bardzo nie powinni liczyć ani na szczególne wsparcie, ani liczyć się z kontrolą organów państwa. Czasami gorzko się śmieję, że jeśli ktoś chce w polskich warunkach adoptować dziecko na pozyskanie organów – zrobi to bez problemów.

Rodzice adopcyjni ukrywają prawdę przed dzieckiem
O takich historiach słyszy się w różnych opowieściach. Ktoś dowiedział się po śmierci rodzica, że jest adoptowany. Ktoś inny podsłuchał rozmowę na rodzinnej imprezie, po której domyślił się prawdy. Myślę, że pod tym względem wiele się zmieniło. Adopcja coraz częściej traktowana jest normalnie. Zarówno przez samych rodziców, jak i otoczenie – rodzinę, znajomych, szkołę. Co za tym idzie, zarówno dziecko dorasta w świadomości, że jest “adoptusiem”, jak i otaczający je ludzie nie robią z tego powodu żadnego “halo” i dorastanie w wiedzy na ten temat spójne jest z poczuciem, że jest kochane. Oczywiście jestem przygotowany, że w okresie dorastania córki, kwestia adopcji może być wyciągnięta jako narzędzie ataku, podczas ewentualnych, burzliwych dyskusji. Ale powiedzmy sobie szczerze – czy w rodzinach z biologicznymi dziećmi awantury z nastolatkami są zawsze oparte o racjonalną argumentację? A z “naszej” dziesięcioosobowej grupy startującej jednocześnie do wyścigu o adopcję, wszyscy deklarowali, że powiedzą dziecku “od razu”, że jest adoptowane.

Adoptowanie dziecka to cudowne doznanie
Czasami rodzice adopcyjni budują wokół siebie aurę niesamowitości. Oj, jak fantastycznie jest z naszym aniołkiem. Jakie mamy cudowne dziecko. Serio? Ja mam za sobą krzyczenie z niewyspania w nocy w poduszkę (żeby się nie obudziło). Dziecko adoptowane też bywa męczące, płacze, wali kupę (do dzisiaj pamiętam okrutny odór pełnego brzoskwiniowego paklanka), choruje, marudzi i jest niegrzeczne. Jak wszystkie dzieci, także adoptowane są bardzo różne. Jedne dają bardziej popalić rodzicom, inne mniej. Czy to znaczy, że takie zachowujące się wrednie dziecko adopcyjne kocha się mniej, niż biologiczne? Jasne że nie. A może bardziej? Też nie. Tak uważam.

Adopcja to przejaw altruizmu
Adoptowaliście dziecko? O jakie to niesamowite, jak wiele dla niego zrobiliście…. To jedna z najczęstszych reakcji, kiedy ktoś poznaje rodzica adopcyjnego. Być może są tacy, którzy zrobili to dlatego, żeby było mniej opuszczonych dzieci na świecie. Jednak większość rodziców adopcyjnych zrobiła to przede wszystkim dla siebie. Nawet jeśli tym powodem był “nadmiar niespełnionej miłości do dziecka”. Czasem to kwestia instynktu przenoszenia w przyszłość duchowej cząstki siebie (bo biologicznej się nie da) swoich wartości. Czasem chęć posiadania dziecka, tak po prostu. Spotkałem jednak już rodziców starających się o dziecko, którzy byliby w stanie zabić, żeby je dostać. Robienie czegoś dobrego dla dziecka leży na dalekim końcu. A nawet jeśli adopcja jest skutkiem czystego egoizmu rodziców – kogo to obchodzi? Najważniejsze, żeby rodzice i dziecko się pokochali i kochali, prawda?

Ojcu trudniej jest pokochać adoptowane dziecko
Na koniec coś, co dotyczy bezpośrednio mnie – jako ojca. Czasami słyszę, że potencjalna matka jest gotowa na adoptowanie dziecka, a ojciec się wzbrania. Podobno myśli sobie, że przecież jak tu kochać “obce dziecko”. Moim zdaniem oznacza to, że taki mężczyzna nie jest gotowy na żadne dziecko. Sęk w tym, że adoptowane błyskawicznie staje się “swoje”. I to chyba szybciej dla ojca, niż dla matki. Jeśli dziecko jest biologiczne, to kobieta jest przygotowywana przez kilka miesięcy przez swój organizm do budowania bliskości z przyszłym dzieckiem. Matka adopcyjna też przygotowuje się do przyjęcia dziecka, ale zwykle ma za sobą traumę bezskutecznego leczenia bezpłodności. Bo najczęsciej to ona przyjmuje na siebie konsekwencje prób zajścia w ciążę. Także ewentualnych zastrzyków z hormonami. A oczekiwanie nie jest radosne, ale pełne napięcia i zdenerwowania. Oczywiście dla ojca też nie jest to łatwy czas, ale w przypadku adopcji oboje rodziców jest w podobnej sytuacji wyjściowej. Ja osobiście kiedy zobaczyłem swoją córkę, od razu czułem że jest to moje dziecko. I jakoś nigdy nawet w najtrudniejszych sytuacjach nie myślałem: “a jak by było biologiczne, byłoby inaczej”. Bardziej spokojnie też podchodzę do spoglądania w przyszłość córki. Zdaję sobie sprawę z tego, że trwa walka między „złymi” genami, a „dobrym” wychowaniem i środowiskiem zewnętrznym. Dlatego sam posiadając wyższe wykształcenie i chcąc podobnego dla córki, będę szczęśliwy, jeśli w przyszłości będzie ona spełnioną kobietą, nawet jeśli nie trafi w progi szkoły wyższej lub nie zda matury.

Komentarze

Komentarze