Lubię wielkanocnego królika – TataF

Dzięki rekolekcjom wielkopostnym w szkole mojej córki dowiedziałem się o Aksamitnym Króliku. A raczej dzięki temu, że kiedy wierzące dzieci miały zajęcia religijne, nauczycielka etyki prowadziła zajęcia dla dla dzieci niewierzących . Można zatem przygotować rekolekcje szkolne tak, żeby nie ucierpiało żadne dziecko. Cierpi tylko sumienie innowierczych i ateistycznych nauczycieli. A w polskiej oświacie zaczął się właśnie sezon rekolekcyjny.
Aksamitny Królik to bohater klasycznej powieści z lat 20-tych XX wieku autorstwa Margery Williams. Opowiada o Tobym – samotnym chłopcu, który wychowuje się pod opieką babci. Tęskni do zmarłej matki, a ojciec jest zbyt zapracowany, aby zająć się malcem. Radość przynosi mały pluszowy królik, który ożywa i prowadzi Toby’ego na wyprawę do magicznej krainy. Tam każde marzenie może się spełnić. Kilka lat temu powstała ekranizacja książki z Jane Seymour w roli matki.

Nie oglądałem ze swoją córką filmu, nie czytałem jej książki. Moja F poznała Aksamitnego Królika na zajęciach z etyki. Obejrzany film stał się przyczynkiem do ważnych rozmów dwójki uczestniczących w nich dzieci z nauczycielką. Jednocześnie szyły one przez dwa dni wielkie pluszowe króliki-maskotki. Trzeciego dnia było więcej luzu – dzieci robiły sałatkę owocową. Nie indagowałem dziecka odnośnie sensu zajęć gastronomicznych, ale znając panią od etyki jestem przekonany, że i tym razem zajęcia miały swój sens i cel. Zajęcia odbywały się podczas szkolnych rekolekcji – w tym samym czasie, kiedy dzieci wierzące realizowały z wychowawcami zajęcia przygotowane przez katechetów i słuchały w kościele księdza rekolekcjonisty. Po lekcjach dla wszystkich uczniów normalnie odbywały się zajęcia dodatkowe i była czynna świetlica. Modelowa sytuacja, prawda?

Wiem, że moja córka miała szczęście. Tak właśnie powinny wyglądać zajęcia dla dzieci niewierzących w każdej, publicznej szkole. Jak widać – da się to zrobić to nawet dla dwójki dzieci w podobnym wieku. Starsi uczniowie niewierzący też mieli czas zagospodarowany. Łatwiej oczywiście w takim przypadku mają szkoły, w których odbywa się etyka. Tych na szczęście przybywa. Jednak nawet w szkole, gdzie nie ma nauczyciela etyki – na pewno znajdzie się jakiś niewierzący nauczyciel. A niech i będzie wierzący, który zrobi sensowne zajęcia “niereligijne”. Zgodnie z przepisami szkoła powinna zorganizować opiekę dla dzieci nieuczestniczących w rekolekcjach. Jednak znam szkoły, gdzie jest to na tyle mało sensownie zorganizowane, że rodzic woli wziąć trzy dni wolnego. Na przykład dzieciaki idą do świetlicy, gdzie “nic się nie dzieje”. Wielu rodziców uznaje, że nie ma innego wyjścia jak “wolne”, aby dziecko nie poczuło się wtedy pominięte, dyskryminowane czy po prostu potraktowane przez szkołę “per noga”.

Jeszcze gorsza jest sytuacja nauczycieli niewierzących. Nie mogą zorganizować zajęć dydaktycznych – np. dodatkowej lekcji powtórkowej dla chętnych. Można przeprowadzić jedynie zajęcia opiekuńczo-wychowawcze. Z tego punktu widzenia nie wiem, czy nauczycielka etyki F nie złamała prawa. W końcu można powiedzieć, że realizowała także pewne cele dydaktyczne. Zajęcia z etyki nie są “czystą”dydaktyką”, zatem ufam, że żaden nadgorliwy kontroler się nie doczepi.

W praktyce większość nauczycieli bierze mniej lub bardziej aktywnie udział w programie rekolekcji. Wszyscy nauczyciele wychowawcy prowadzą przed zajęciami w parafii zwykle 2-3 lekcje w szkole, przygotowane przez katechetów. Na przykład rozwiązują z dziećmi krzyżówkę religijną na tablicy. Dzieje się tak przynajmniej w szkołach podstawowych. Nie ma znaczenia, czy nauczyciel jest katolikiem, czy też nie. Chociaż pojawiają się już nauczyciele-ateusze, którzy oczekują, że katecheta w ich klasie zleci dzieciom co trzeba zrobić. I robią minimum tego, co muszą. Uważają tylko, aby w trakcie tych zajęć dzieci się “nie pozabijały”.

A potem wychowawcy zbierają dzieci ze swojej klasy w karną gromadkę i prowadzą do parafialnego kościoła. Mogą spędzić czas poza murami kościoła, bo przecież opiekę sprawują wtedy nad uczniami katecheci. Ale gdzie pójść, skoro czas trwania zajęć jest nieprzewidywalny? Siadają więc niewierzący nauczyciele w parafialnych ławach. Części z nich poczucie odpowiedzialności nakazuje uspokajanie uczniów, jeśli zaczynają ‘szaleć”. Inni chwytają za książkę beletrystyczną, komórkę lub tablet, obiecując sobie, że “choćby się waliło i paliło” – nie ruszą palcem. Ich to przecież w sumie nie dotyczy. Niech się martwią księża i katechetki.

Sytuacja nie jest łatwa. Powstaje tu konflikt interesów i sprzeczność prawna. Rodzice mogą się powoływać na zapisy Karty Nauczyciela, gdzie dyrektor ma prawo wyznaczyć nauczycielowi opiekę nad dziećmi podczas zajęć rekolekcyjnych w szkole i kościele. Nauczyciele nie chcący tego robić mogą powołać się na konstytucyjną wolność sumienia. Bo jest jej złamaniem zmuszanie obywatela poleceniem służbowym, żeby uczestniczył w obrządkach wyznaniowych. Myślę, że tylko kwestią czasu są pozwy sądowe nauczycieli, którzy nie chcą brać udziału w rekolekcjach i są do tego zmuszani przez szkołę.

Oczywiście najprościej byłoby organizować takie dni skupienia przed Wielkanocą po zajęciach szkolnych. Ale to niemożliwe. Rekolekcje wielkopostne muszą się odbywać w polskich szkołach w czasie zajęć lekcyjnych, Mówi o tym rozporządzenie Ministra Edukacji Narodowej z dnia 14 kwietnia 1992 r. w sprawie warunków i sposobu organizowania nauki religii w szkołach publicznych (Dz. U. Nr 36, poz. 155 z późn. zm.). Dopóki się ono nie zmieni, warto liczyć, że zanim przykica świąteczny zając, coraz więcej szkół przed Wielkanocą umożliwi spotkanie z Aksamitnym Królikiem. Chętnym nie tylko uczniom, ale i nauczycielom.

Komentarze

Komentarze