Kiedy mówisz “brawo TY” albo uczniowskie igrzyska olimpijskie -TataF

Strategia oraz taktyka właściwego chwalenia podopiecznych to chyba jedna z najtrudniejszych kompetencji rodzica i nauczyciela Jak kształtować poczucie własnej wartości, żeby dzieci, a potem dorośli mówili “brawo JA” wtedy kiedy trzeba. Ani za często, ani za rzadko. Pomagają w tym szkolne konkursy i “olimpiady”. Albo przeszkadzają.

Reklamowe powiedzonko “brawo JA” operatora komórkowego chyba wejdzie do potocznej polszczyzny. Czy Wasze dzieci już tak mówią? Jeśli tak, to warto się zastanowić w jakich sytuacjach. Jeśli nie – to tym bardziej warto przeanalizować, dlaczego tak się dzieje. U mojej F dyskusja o “brawo JA” pokazała, że jak bardzo dziewięcioletniej córce brakuje poczucia, że jest w czymś dobra. A takiego poczucia potrzebuje chyba każdy normalny człowiek. Czy to mały, czy duży.

Syndrom czwartego miejsca
Porządkowanie rzeczywistości od najlepszego do najgorszego rządzi naszym życiem. Otaczają nas przeróżne rankingi, pokazujące że kto pod kreską, ten się nie liczy. Lista medalistów igrzysk olimpijskich. Laureaci Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Najlepiej sprzedające się gry, płyty, książki. Lista najbogatszych Polaków i najbardziej popłatnych zawodów. Interesuje nas wszystko co jest naj. Najszybsze, najdroższe, najsilniejsze. TOP 5, TOP 10, TOP 100, TOP1000. Mówi się powszechnie, że najgorsze miejsce jest czwarte, bo “poza pudłem”. Nawet jeśli za tym miejscem jest jeszcze kilkadziesiąt innych. Takie konkursowe postrzeganie świata bardzo nas rajcuje, prawda?

Dotyczy to także sfery edukacji. Lista najlepszych uczelni w Polsce. Zestawienie liceów z najlepiej zdaną maturą i najlepszych maturzystów w szkole. Lista laureatów konkursów różnej wagi i rangi. Rankingomania zaczyna się jeszcze na etapie nauczania wczesnoszkolnego, Kto najlepszy w Kangurku, Złotej Żabie, Małym Omnibusie, Żaczku, Pingwinie, Pandzie, Fox-ie. A potem już idzie samo. “Olimpiady przedmiotowe” takie, siakie, owakie. Etapy klasowe, szkolne, okręgowe, wojewódzkie, krajowe. Listy finalistów i laureatów pojawiają się na gazetkach szkolnych i
na stronach www. Najlepsi wyczytywani są i nagradzani na apelach szkolnych. Wskazywani z imienia i nazwiska przez wychowawców podczas zebrań szkolnych.

Każdy więc wie, kto jest “mózgiem” w klasie swojego dziecka. Pół biedy, kiedy to nasza córka albo syn. A co, jeśli są średniakami we wszelkich konkursach dydaktycznych – jak moja F? Albo jeszcze gorzej – tym ostatnim? Prawda jest taka, że w każdym zestawieniu ktoś zawsze musi być najlepszy. Czyli ktoś inny będzie trochę gorszy, a ktoś na samym końcu. To naturalne i nie zamierzam krytykować obiektywnych konkursów i zestawień uczniów czy szkół. Zastanówmy się jednak, jak pomóc odnaleźć się w takiej sytuacji swojemu dziecku czy uczniowi?

Hodowanie olimpijczyków
Każdy nauczyciel lubi poczuć dumę z sukcesów swych uczniów. Tym bardziej, jeśli sam przyłożył rękę do ich naturalnych zdolności. Pomógł w przygotowaniach do konkursów. A nawet jeśli po prostu dobrze uczył i dziecko odniosło sukces bez zewnętrznego wsparcia. Tych wszystkich korepetytorów, szkół języków, szybkiego czytania czy tym podobnych wynalazków. Jednak źle, jeśli pedagog, tata czy mama zaczynają wywierać presję, wpisując się w swego rodzaju “wyścig szczurów” i to w tych “dyscyplinach”, które sami uznają za najważniejsze.

Za błąd uważam więc pchanie przez nauczycieli czy rodziców do wszystkich możliwych konkursów każdego dziecka. To się nie kończy dobrze. Moja F ostatnio była jedyną w klasie, która odmówiła uczestnictwa w teoretycznie dobrowolnym konkursie. Pewnie czuła się kiepsko idąc na czas rozwiązywania testu przez swoją klasę do innej sali. Jednak nie czuła nacisków do rywalizacji ze strony rodziców i potrafiła oprzeć się woli nauczyciela oraz presji społecznej. Jak Wy w podobnej sytuacji zachowujecie się jako rodzice i wychowawcy?

Dlaczego F powiedziała “nie”? Po wcześniejszych podobnych doświadczeniach uznała, że nie chce się “ścigać” w “dyscyplinie”, w której nie ma szans wygrać. Zwłaszcza, że wychowawczyni zdarzyło się przystąpić z całą klasą do testu dla klasy o poziom wyższej. I byli tacy uczniowie, którzy wypadli rewelacyjnie. Byli zachwyceni i oni, i rodzice i sama nauczycielka. Jak poczuli się ci “średni” i “gorsi” ?

Spoko – organizujmy w szkołach te wszystkie konkursy matematyczne, językowe czy ogólnotematyczne. Zaoferujmy możliwości rywalizacji tym zdolniejszym. Dopuśćmy do startu w “igrzyskach”. Dajmy jednak innym realne prawo, żeby powiedzieć “nie”. Nie zmuszajmy do nich dzieci, którym wystarczy “sport amatorski” lub tylko “rekreacja”.

Ewentualnie potraktujmy takie konkursy właśnie jak “sport powszechny”. Nie budujmy atmosfery eliminacji do mistrzostw świata. Być może gdyby uczestnictwo w konkursach dydaktycznych było traktowane “bez napinki” przez nauczyciela F, jako forma zabawy, postawa dzieci byłaby bliska idei olimpijskiej. Miałyby więcej przyjemności ze zmaganiem z własnymi słabościami, a nie wyścigu po medale. W końcu na igrzyskach “liczy się udział”, prawda?

Żółw vs królik
No dobrze, ale zawsze ktoś będzie lepszy, a ktoś gorszy w konkursach dydaktycznych nawet jeśli są organizowane są w klasie w atmosferze odległej od “wyścigu szczurów”. I pewnie czołówka “zwycięzców” będzie wyglądała podobnie przynajmniej na etapie nauczania wczesnoszkolnego. Jeśli nasze dziecko jest w tym gronie, pozostaje nam nauczyć je wygrywania z klasą. Bez wywyższania się, z empatią wobec przegranych. To ważna cecha, która przydaje się w dorosłym życiu.

A jeśli dane dziecko nie znajduje się w gronie najlepszych uczniów w klasie? Jeśli tak uważa nauczyciel lub rodzic, to oboje są w błędzie. Powinni przecież poszukać tych dziedzin, gdzie dany uczeń jest świetny. W murach szkoły lub poza nią. Jeśli nie dydaktyka, to aktywność sportowa, artystyczna, społeczna. Bo przecież żaden żółw nie prześcignie królika w sprincie czy maratonie. Ale żaden królik nie pokona żółwia w zestawieniu długości życia.
Jak wspomniałem moja F jest średnia w “rywalizacji dydaktycznej”. Pewnie wynika to z wysokiego poziomu klasy (szkoła społeczna). Zastanawiam się nawet, czy nie lepiej było posłać ją do szkoły podstawowej o niższym poziomie. Bo jestem pewien, że miałaby szanse wtedy znaleźć się wśród najlepszych w klasie pod względem edukacji. To zbudowałoby w niej wyższe poczucie własnej wartości. Co za tym idzie, podbudowało wewnętrzną motywację do nauki. A tak podczas rozmowy o reklamie telekomunikacyjnej F powiedziała, że nie może powiedzieć “brawo JA”. Bo w NICZYM nie jest najlepsza.

Co oczywiście jest nieprawdą. Bo F ma uzdolnienia artystyczne i jest bardzo kreatywna. I ma sukcesy na tym polu – wysokie miejsca w szkolnych konkursach piosenki. Tyle, że dla wychowawczyni liczą się przede wszystkim konkursy “dydaktyczne”. W konkursach plastycznych klasa nie bierze udziału, a szkoda, bo i tutaj F miałaby szanse na sukces.

Stańmy przed lustrem
Jednak nawet wychowawczyni mojej córki zaskoczyła mnie ostatnio pozytywnie. F opowiedziała, że “Pani wywołała ją na środek klasy”. Wychoawczyli powiedziała, że pewnie moja córka będzie pierwszą w trzeciej klasie, która zacznie pisać piórem zamiast ołówkiem. Bynajmniej nie z powodu pięknego charakteru pisma – ten F ma paskudny, ale ze względu na piękne opowiadania, które tworzy. Oby nauczycielka tak postępowała jak najczęściej z każdym swoim uczniem.

Mądrość nauczyciela polega więc moim zdaniem na tym, żeby w każdym uczniu znaleźć coś, za co można go pochwalić. Jeśli trzeba – stworzyć możliwości do chwalenia. Np. zorganizować klasowy konkurs na gwizdanie na palcach. Aby wygrał ten uczeń – który jedynie gwizdać potrafi najlepiej. Niech każdy uczeń usłyszy dobre słowo od osoby, która jest bardzo ważna w jego młodym życiu (nawet jeśli tego nie okazuje). Żeby tak robić nauczyciel musi znać i lubić swoich uczniów. Nie słodzić, nie prawić pustych komplementów. Ale dowartościować w tych dziedzinach, w których rzeczywiście są dobrzy. Wkrótce będzie do tego okazja – rozdanie świadectw. Jak miło byłoby, gdyby wychowawca do każdego swojego podopiecznego powiedział w tej sytuacji głośno “brawo TY” wskazując chociażby drobny sukcesik?

Na szczęście sprzyja takiej różnorodności talentów ewolucja systemu. Czy wiecie, że nie tylko uczestnictwo w “olimpiadach” daje punkty dodatkowe w rekrutacji do gimnazjów i liceów, ale coraz częściej także aktywność w organizacjach charytatywnych? Skoro była mowa też o igrzyskach sportowych przypomnijmy, że jeszcze w 1948 roku towarzyszył im Olimpijski Konkurs Sztuki i Literatury. I co jakiś czas wracają głosy, żeby poza sportowcami co cztery lata honorować też artystów.

Z kolei rolą rodziców jest poczucie dumy ze swojego dziecka. I pokazywanie mu tego, w czym jest dobre. Nawet do przesady. Po brzemiennej w skutki rozmowie z F – “w NICZYM nie jestem najlepsza” – co jakiś czas moja córka musi stawać przed lustrem. Wtedy kiedy świetnie narysuje komiks, zaśpiewa ze słuchu raz usłyszaną piosenkę czy wyhoduje z poczwarki motyla. Musi patrząc sobie w twarz głosić “brawo JA!”. Na razie mówi to mało radośnie, ale już z coraz większym przekonaniem, a nawet z lekkim uśmiechem.

TataF

Komentarze

Komentarze