Jak nie pisać publicystyki historycznej

Jestem skłonny przyznać, że Powstanie Warszawskie było zbrodnią na żywym mieście i prezentem zrobionym przez Polaków Józefowi Stalinowi. Z kolei mówiąca o tym książka “Obłęd’44” jest zbrodnią na żywej publicystyce historycznej i prezentem zrobionym przez Piotra Zychowicza apologetom wybuchu Powstania Warszawskiego.

Historia nie jest biało-czarna, pełno w niej niuansów i półcieni. Wymaga od profesjonalnych historyków spełnienia doktryny Tacyta o bezstronności. Podejścia “sine ira et studio”, bez gniewu i bez upodobania. Tak, żeby czytelnik nie mógł ustalić, za którą ze stron opowiada się historiograf. Czy tego oczekujemy po publicystyce historycznej? Ależ skąd! Chcemy ścierania się szabel polemicznych adwersarzy. Krwawej bitwy na argumenty i wyzwiska. Jasnego opowiedzenia się “za” albo “przeciw”. Dzielenia postaci historycznych na anioły i diabły. Uczłowieczania i odbrązawiania dziejów. Tak, taką właśnie publicystykę historyczną lubimy najbardziej. Podobne pozycje książkowe zyskują szanse na kilkudziesięciotysięczne nakłady i rozgłos w mediach. Stają się okazja do dyskusji nie tylko na uczelniach, ale w tramwajach i autobusach. Wystarczy rzucić kilka nazwisk, żeby zagrały w głowie werble historycznych sporów. Tomasz Łubieński, Jerzy Łojek, Paweł Wieczorkiewicz, Waldemar Łysiak. No i mistrz nad mistrze – moim skromnym zdaniem – Stanisław Mackiewicz.

Nieoczekiwany atak
Biorąc pod uwagę wszystko co wcześniej napisałem, powinienem zachwycić się przeczytanym właśnie dziełem Piotra Zychowicza “Obłęd ’44, czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując Powstanie Warszawskie”. Autor pozornie spełnia przecież moje oczekiwania. Staje po jednej ze stron historycznego sporu, ogniem i mieczem atakując pomysł, realizację oraz autorów insurekcji. Siadałem więc do lektury z entuzjazmem warszawiaków wywieszających 1 sierpnia 1944 biało-czerwone flagi z okien. Mój zapał był tym większy, że sam w sporze “bić się czy nie bić” staję zwykle po stronie antypowstańczej. Poległem jednak jak Krzysztof Kamil Baczyński. Już na samym początku – po kilkunastu stronach. I od strzału z zupełnie niespodziewanego kierunku. Trafił mnie pocisk nudy.

Bo przecież, jako się rzekło, nie oczekiwałem po “Obłędzie” bezstronności. Z lekkim rozbawieniem obserwowałem nawet dyskusje zaraz po książkowej premierze. Dwa lata temu mnożyły się bowiem wobec Piotra Zychowicza zarzuty o stronniczość, o uwłaczanie pamięci bohaterów, o wylewanie pomyj na pomniki. Oczyma duszy mojej widzę jak autor i wydawca zacierali ręce, śledząc rosnące w trakcie dyskusji słupki sprzedażowe. Pierwsze 30 tysięcy nakładu pękło już po kilku tygodniach. Ciekaw jestem jednak, ilu z czytelników przeczytało książkę od deski do deski. Ja zrobiłem to z wielkim trudem. Mimo, że jako absolwent historii byłem niegdyś zmuszony przeczytać w całości “Historię Bliskiego Wschodu w starożytności” autorstwa “krwawej” Julii Zabłockiej.

Barykady ze słów
Nie wiem, co tak naprawdę, co zawiodło. Może ostrzej – jak można było spieprzyć tak wielki “samograj”, jak wejście w ostry spór o sens i cel Powstania Warszawskiego. Na pewno zabrakło autorowi sprawności językowej. Gruzy mizernej formy usypano w poprzek fascynującej treści. Czytałem i ziewałem. Ziewałem i czytałem starając się pomijać infantylne wtrącenia. A już łopatologiczne zapowiadanie w stylu “a teraz nie będzie tradycyjnej pointy rozdziału, chociaż taką formułę wcześniej obrałem”, wręcz mnie zażenowało. Słabizna językowa zresztą mocno dziwi – bo artykuły historyczne Piotr Zychowicz pisze bardzo sprawnie. Ba, nawet zakończenie samego “Obłędu ’44” jest napisane z tak ostrym i sprawnym piórem, że mogłoby przebić pancerz “tygrysa”.

Gruzowaty, miejscami dość egzaltowany język to tylko część czytelniczego kłopotu. Nic tu się zbytnio nie klei. Natrafiamy co chwilkę na powtórzenia, łopatologiczne przypomnienia “who is who”. Naprawdę nie jestem idiotą, żeby nie wiedzieć kim był Jan Nowak Jeziorański. A nawet gdybym był ignorantem, to nie trzeba mi tego powtarzać po raz dziesiąty. Z drugiej strony warto byłoby napisać dwa słowa więcej o Władysławie Studnickim, jeśli cytuje się obficie tę dość kontrowersyjną postać. Trwa też mielenie tych samych argumentów w różnych kontekstach, np. o bolszewickiej ekspozyturze, którą należało zwalczać. Wygląda to jak zlepek kilkudziesięciu osobnych artykułów zebranych w większą całość bez porządnej pracy redakcyjnej.

Eksplozja chaosu
Pomieszana kompozycja to chyba zresztą największy mankament “Obłędu”. Opowieść jest rozwleczona na ponad pół tysiącu stron w mnóstwie krótkich rozdziałów, w których ledwie kopci się niemrawo publicystyczny ogień. Brakowało mi zbudowania wywodu na dosłownie kilku wyraźnych tezach i ich twardej obrony. Chociażby takich, które Zychowicz formułuje w zakończeniu. Brak polemiki z apologetami, poza niepoważną krytyką albumu okolicznościowego IPN. Brniemy rozdział za rozdziałem i powoli tracimy pojęcie po co (poza sprzedażą egzemplarzową) książka została napisana. Ba, pokazania samego tytułowego obłędu w postępowaniu bohaterów na gęsto zadrukowanych kartach ze świecą szukać. Użycie go wydaje się tylko zabiegiem “sprzedażowym”. Już trafniejsze byłoby przyjęcie tytułu “Zagubienie ‘44” a nawet – w obliczu prezentowanych przez Zychowicza teorii – “Zdrada ‘44”.

Zapewne silną stroną książki miało być częste i obszerne oddanie głosu osobom trzecim. Pojawiają się wspomnienia i komentarze świadków wydarzeń – w tym Jana Nowaka Jeziorańskiego. Autor cytuje też braci Mackiewiczów – publicystykę Stanisława, ale i powieści Józefa. Niestety tak duże partie cytowań dodatkowo rozbijają spójny tok narracji. Poza tym nawet student pierwszego roku historii zdaje sobie sprawę z tego, że nader ostrożnie należy traktować jako źródło subiektywne komentarze. Zwłaszcza spisywane po latach. A “twardych” faktów i opartych na nich argumentów samego Zychowicza znów tak wiele nie odnajdziemy.

Biała flaga
Jeszcze miesiąc temu szykowałem się do czytelniczego ataku na inne książki Zychowicza, ale teraz poddaję się. Zbyt duże rozczarowanie. Biorąc do ręki “Obłęd ‘44” liczyłem na publicystyczną salwę. Taką, jaką odpala raz za razem chociażby Rafał Ziemkiewicz, chwalony przeze mnie za “Jakie piękne samobójstwo”.Trafiłem na niewypał, który każdy apologeta Powstania Warszawskiego może z czystym sumieniem podarować osobie wahającej się w historycznym sporze. Bez obaw, nikogo książka Zychowicza nie przekona. Bardziej wprawni czytelnicy przebrną przez narrację z wysiłkiem, wychwytując pojawiające się perełki historiograficzne. Takie, jak mało znana informacja o wysyłce przez władze AK “na wschód” masy broni dosłownie w przeddzień powstania. Jeśli jednak książka trafi do rąk niewprawnego czytelnika, może go na zawsze zniechęcić do publicystyki historycznej. Już lepiej polecić w takiej sytuacji którąś z rzekomo omszałych pozycji Stanisława Mackiewicza.

Sebastian Szczęsny

Tytuł: Obłęd ’44, czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi wywołując Powstanie Warszawskie
Autor: Piotr Zychowicz
Wydawnictwo: Rebis, Warszawa 2013
ISBN: 978-83-7818-482-9
Liczba stron: 560
Oprawa: miękka

Komentarze

Komentarze