10 powodów, dla których minister Zalewska nie przesunie reformy edukacji. POLEMIKA

Nie wiem, czy Anna Zalewska będzie długo jeszcze Ministrem Edukacji Narodowej. Jednak sądzę, że rząd Prawa i Sprawiedliwości zrobi wszystko, żeby uruchomić projekt reformy szkolnictwa już w 2017 roku. Oto dziesięć powodów, dlaczego tak sądzę.

 

Nie jestem zwolennikiem większości zapowiadanych zmian w edukacji, podobnie jak Justyna Suchecka, dziennikarka zajmująca się edukacją w “Gazecie Wyborczej”. Niedawno podała ona dziewięć powodów, dla których – jej zdaniem – minister Zalewska jeszcze w październiku przesunie likwidację gimnazjów o co najmniej rok.

Myślę, że Justyna Suchecka uprawia “wishful thinking” – i za chwilę wyjaśnię, dlaczego stanie się inaczej. Zostaną zignorowane wszelkie negatywne głosy opinii publicznej, nauczycieli, ekspertów i polityków (nawet partii rządzącej). Zresztą – być może nawet z powodów wizerunkowych minister Anna Zalewska będzie wymieniona na inną, bardziej sprawną urzędniczkę. Jednak reforma zostanie wprowadzona tak szybko, jak tylko się da: od września 2017 r.

Powód pierwszy. Sojusznicy na posterunku.

Zalewska traci najwierniejszych sojuszników – pisze Justyna Suchecka. Uważa, że do grona krytykujących MEN dołączyło Stowarzyszenie Rzecznik Praw Rodziców Tomasza i Karoliny Elbanowskich. Powodem ich zastrzeżeń miałaby być zgoda MEN, żeby ośmioklasowa szkoła podstawowa mogła działać w kilku budynkach. Co w praktyce poza dużymi miastami skazałoby część uczniów na dowożenie do klas V-VIII do innej miejscowości.

Czy tak jest naprawdę? Mam spore wątpliwości. Stanowisko Stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców w sprawie reformy zaczyna się inwokacją “zaprojektowany ogólny kierunek zmian w strukturze szkolnictwa jest zgodny z oczekiwaniami społecznymi”. I to jest moim zdaniem główne przesłanie Elbanowskich. Reforma – tak, wypaczenia nie.

Nie sądzę, aby ością niezgody stało się pozwolenie na czasowy podział podstawówki. Po pierwsze – bo będzie to przepis czasowy, po drugie – bo tak naprawdę nie jest to sprawa, która, moim zdaniem, rozpala emocje członków Stowarzyszenia Elbanowskich. Przypomnijmy ich myśl przewodnią – “ratujmy maluchy”. A ten postulat MEN pod władzami PiS zrealizował w dużej rozciągłości. Wśród kilku zastrzeżeń dotyczących oświaty sformułowanych przez Stowarzyszenie Rzecznik Praw Rodziców, największą wagę ma dopuszczenie do pozostawienia oddziałów przedszkolnych w szkole. Zdaniem SRPR jest to powstawanie miejsc przedszkolnych „drugiej kategorii”. Co zrobi w tej sytuacji MEN? Nic, albo jeszcze gorzej. Być może po prostu wprowadzi zasadę, że warunki prowadzenia “zerówki” w szkole muszą być identyczne, jak w przedszkolu samodzielnym. I wtedy, ze względu na koszty dostosowania obiektu do stosownych przepisów, samorządy same zrezygnują z oddziałów przedszkolnych w szkołach.

Zatem nie oczekuję, że na protestach przeciwko reformie edukacji pojawią się transparenty Stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców. Raczej obstawiam tutaj negocjacje kuluarowe, które zakończą się uściśnięciem dłoni z przedstawicielami MEN przed kamerami telewizyjnymi. Jest to w interesie obu sojuszników.

Powód drugi. „Solidarność” się nie liczy.

„Solidarność”? A co to jest „Solidarność”? “Heloooł”? Czy ktoś widział ostatnio agitatora “S” ostatnio w szkole? Jak wynika z danych związku, do Sekcji Krajowej Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność” należy 75 tys. osób. Jednak przypomnijmy, że w tej liczbie uwzględniane są także związki działające w szkołach wyższych. Ilu z członków związku jest naprawdę aktywnych? Chociażby skala protestów nauczycielskich pokazuje, że moc “S” jest znacznie mniejsza, niż Związku Nauczycielstwa Polskiego. Przy całej mojej sympatii do „S” trudno przypisać jej oebcnie moc sprawczą.

No dobrze, załóżmy jednak że z powodów wizerunkowych (równoważenie opinii ZNP), poparcie “S” jest ekipie MEN potrzebne. Owszem, w opinii „S” do prawa oświatowego czytamy m.in. „Naszym zdaniem niezbędne jest odroczenie wprowadzenia reformy ustroju o rok. (…)”. Jednak większość z dziesięciu uwag do Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność” to postulaty socjalne lub związane z finansowaniem oświaty.

Podobnie zatem, jak w przypadku Stowarzyszenia Elbanowskich myślę, że MEN wykona gest związany z zaspokojeniem części roszczeń (tych socjalnych) solidarnościowych związkowców. Że niby nie ma w budżecie na to pieniędzy? Casus 500+ pokazuje, że te ograniczenia PiS jest w stanie przezwyciężyć. Poza tym zawsze można przerzucić część obciążeń finansowych na samorządy, prawda?

Nie zdziwmy się więc, jeśli zobaczymy minister Zalewską podpisującą w świetle jupiterów umowę “broniącą nauczycieli” z liderem oświatowej „Solidarności” – Ryszardem Proksą.

Powód trzeci. Samorządy to “zuo”

Zgadzam się z “Gazetą Wyborczą”, że samorządy są zdecydowanie przeciwne reformie edukacji. Także w tym punkcie jestem tego samego zdania, co Justyna Suchecka, że lud głosujący będzie je obciążać winą za wszelkie kłopoty związane z wprowadzaniem reformy. Jednak pytam -”no i co z tego?”. Przecież jak się zdaje, sądząc po wypowiedziach i działaniach PiS, samorządy zdaniem tej partii są mocno podejrzane. To partia “sanacyjna”, w której to urzędnicy państwowi są źródłem mocy, wielkości i chwały Rzeczypospolitej. Samorządność jest natomiast podejrzana i kładzie kłody pod “dobrą zmianę”.

Poza tym niezadowolenie w wyborach samorządowych w 2018 r., może przełożyć się na odebranie władzy w dużych miastach gdzie gremialnie w 2014 roku PiS gremialnie przegrało z PO. A także na wsiach, gdzie PiS przegrało z PSL. Zatem z tego punktu widzenia “im gorzej, tym lepiej”. W myśl idei, że car Zalewska chce dobra dzieci, a źli bojarzy – burmistrzowie i wójtowie uprawiają “imposybilizm”.

Powód czwarty. Po co wykształciuchy?

Jako czwarty powód wstrzymania reformy edukacji wymienia “Gazeta Wyborcza” fakt, że nie ma ona eksperckiego wsparcia, a przeciwnie jest krytykowana przez specjalistów od badań edukacyjnych. Serio? Ktoś jest w stanie uwierzyć, że PiS się tym przejmuje? Po okazywanym wszem i wobec oraz każdemu z osobna – nazwijmy to delikatnie – dystansie do grona profesorskiego en masse? Cóż, nie zdziwię się jak dowiem się, że któryś z przedstawicieli MEN w kuluarach parafrazuje Bismarcka mówiąc “Acht und achtzig Professoren und die Bildung, Du bist verloren” (“Osiemdziesięciu ośmiu profesorów i Edukacjo, jesteś zgubiona”). To, jak bardzo instrumentalnie fasadowo potraktowała Minister Zalewska grono tzw. Ekspertów Dobrych Zmian, świadczy najdobitniej w jak głębokim poważaniu ma wsparcie wszelkich fachowców edukacyjnych.

Powód piąty. Rząd poprze nawet bubel.

“Gazeta Wyborcza” wymienia “wrogów wewnętrznych” szybkiej realizacji projektu MEN – od szefów innych resortów do Rządowego Centrum Legislacji. Czy ma to znaczenie? Cofnijmy się do początku 2016 r. Przeciw ustawie wprowadzającej 500+ jako przygotowanej zbyt pospiesznie protestowało m.in.Ministerstwo Finansów oraz Rządowe Centrum Legislacji. Efekt? Miesiąc później ustawa została przegłosowana, a po kolejnych kilku tygodniach weszła w życie. Nie mam wątpliwości, że w przypadku decyzji “politycznej” maszynka do głosowania zostanie uruchomiona i zadziała błyskawicznie. Oddajmy sprawiedliwość – podobną maszynkę – także przy negatywnych głosach ze wszystkich stron – uruchomił w poprzedniej kadencji rząd PO-PSL wprowadzając tzw. darmowe podręczniki.

Powód szósty. Podręczniki będą szybkie.

“Gazeta Wyborcza” twierdzi, że reforma zostanie odłożona w czasie, bo MEN nie ma czasu na porządne napisanie podstaw programowych i podręczników. Przepraszam, ale właśnie musiałem ziewnąć ze znużeniem. Nie ma czasu na porządne? No to będą jakiekolwiek. Autorzy podstaw i wydawcy podręczników protestują, że tak się nie da, że na chybcika, że tempo prac odbije się na jakości. Jakoś jednak jestem spokojny, że jak przyjdzie co do czego, to maszyny drukarskie zostaną uruchomione w porę, nawet jeśli będą drukowały materiały dydaktyczne wołające o pomstę do nieba.

Powód siódmy. Jarosław Kaczyński zna się na polityce.

Justyna Suchecka pisze ”Jarosław Kaczyński wie, że jeśli reforma oświaty trafi do Sejmu w grudniu, zgodnie z planem MEN, to PiS czeka ostry spór z opozycją. Będą to obserwować coraz bardziej rozwścieczeni rodzice. Idealny temat do rozmów przy świąteczny stole, prawda?”. No właśnie. Pewnie tak będzie. Ale czy owe “razgawory” mogą odbić się negatywnie na poparciu dla PiS? Przecież taka sytuacja maluje się jako olejna odsłona walki PiS z “elitami” o “zwykłego człowieka”. A w roli “czarnego luda” przez elektorat partii rządzącej będzie obsadzony raczej lokalny samorząd (patrz Powód trzeci), niż minister Zalewska.

Powód ósmy. Media też się nie liczą.

Do oponentów reformy MEN zalicza Justyna Suchecka prawicowe media. To nieco bardziej skomplikowana sytuacja. Po pierwsze – pojawiają się tam zarówno głosy poparcia, jak i sprzeciwu. Różnią się zdaniami poszczególne media i poszczególni publicyści. Po drugie, jeśli nawet zauważymy, że przynajmniej niektóre “prawicowe media suflują opóźnienie reformy”, to niewiele z tego wynika. Zdają się kryć za tym dwa przeświadczenia. Najpierw, że media prawicowe popierają rząd PiS jako “swój”, jak to często robiły z rządem PO-PSL np. sama “Gazeta Wyborcza” czy “Newsweek”, potem, że minister Zalewska wpatruje się w owe media podobnie jak np. minister Kluzik-Rostkowska i zabiega o ich przychylność. Stawiam tezę, że nawet gdyby “Gazeta Polska”, “wSieci”, czy “Do Rzeczy” zrobiły tego samego tygodnia czołówki “Utrzymać gimnazja”, to jedyną reakcją byłoby wzruszenie ramion polityków PiS.

Powód dziewiąty. PiS to nie PO.

“Gazeta Wyborcza” przytacza jako memento dla obecnej ekipy MEN przypomnienie, jak zakończyła się dla poprzedniej ekipy przy Alei Szucha reforma “sześciolatki do szkół”. Justyna Suchecka powołuje się przy tym na dr. Mikołaja Herbsta z Uniwersytetu Warszawskiego: ”Doświadczenie poprzedniego rządu powinno uczyć, że zasada >>reformuję, bo mogę<< obraca się zarówno przeciwko interesariuszom, jak i autorom reform”.

Nie sądzę, aby była ona słuszna. To jak sobie poczyna obecny rząd z Trybunałem Konstytucyjnym albo to, co zrobił rząd PO-PSL np. z oszczędnościami emerytów w drugim filarze pokazuje, że zasada “reformuję, bo mogę” nie jest bezwzględnie obowiązująca. Mało tego, pokazuje, że przy większości parlamentarnej władza może zrobić wszystko, byle była zdeterminowana i zmiana odbywała się szybko.

Pamiętamy jak to było z wprowadzeniem sześciolatków do szkół? W kwietniu 2008 r. ówczesna szefowa MEN, Katarzyna Hall zapowiadała, że miały tam trafić od września 2009 r. W kwietniu 2013 roku jej następczyni buńczucznie zapowiadała w wywiadzie dla Newsweeka: “Sześciolatki idą do szkoły i basta!”. Zmiany były wprowadzane i wycofywane. Ostatecznie reformę wprowadziła jako obowiązkową ścieżkę Joanna Kluzik-Rostkowska “na minutę przed wyborami”. Czy po takim kontredansie nawet zwolennicy PO nie nabrali wątpliwości, czy aby nie trzeba przypadkiem naprawdę “ratować maluchów”?

Wyobraźmy sobie, że władze PO pozwoliłyby minister Hall zrealizować jej plany w 2009 r. W roku wyborów parlamentarnych 2015 pierwszy rocznik “maluchów w szkołach” trafiłby właśnie już do gimnazjów. Mielibyśmy za sobą cały cykl szkoły podstawowej “po nowemu” i kolejne sześć roczników w trakcie nauki w nowym systemie. Wszelkie nieuniknione perturbacje byłyby już daleko w przeszłości, a – jeśli naprawdę ta reforma miała sens – za reformatorami staliby zadowoleni rodzice oraz wyniki badań edukacyjnych. A temat “ratujmy maluchy” nie byłby już tak nośny w kampanii wyborczej.

Powód dziesiąty. Misjonarze robią rewolucję.

Obecny PiS u rządów jest inną partią, niż wszystkie dotychczasowe, a nawet niż samo Prawo i Sprawiedliwość w latach 2005-2007. Najważniejsza różnica jest taka, że nie musi iść na kompromisy wobec niczego i nikogo. Czuje za sobą legitymizację społeczną – wygrało wybory w 2015 r. zdecydowaną przewagą głosów oddanych przez aktywnych obywateli. To nieważne, że sprzyjał PiS zbieg okoliczności zderzenie SLD z partią Razem i minięcie się z Sejmem “o włos” partii KORWiN. Istotne jest to, że partia zwycięska nie musi zawierać kompromisów z koalicjantami i ma poczucie poparcia społecznego. To wystarczy, żeby realizowała projekty, które sama uważa za słuszne. Jarosław Kaczyński i liczący się w jego oczach politycy PiS mają poczucie misji zmieniania państwa (zostawmy na chwilę na boku różnych “Misiewiczów”).  A dalecy są od pozytywistycznych idei “pracy u podstaw”, zmian reformatorskich. Bliższa jest im idea rewolucyjnych zmian, a rewolucji nie robi się na raty. Trzeba zmian dokonać szybko, zanim wzniesie się kontrrewolucyjna fala. Nie ważne, ile będzie przy tym ofiar – czy to zwolnionych nauczycieli, czy utraty punktów w sondażach, czy uszczerbku na wizerunku.

Odłożenie reformy edukacji na kolejny rok po wyborach oznaczałoby, że do kolejnych wyborów będzie mniej czasu. O rok mniej na pokazywanie przez MEN, że zmiana była udana, a emocje związane np. z likwidacją części szkół przygasły. To może decydować o rozkładzie głosów podczas wyborów do Sejmu i Senatu. A nie wątpię, że Jarosław Kaczyński chciałby głosowanie w 2019 roku wygrać równie zdecydowanie, co poprzednie.

Sebastian Szczęsny

Komentarze

Komentarze