Dojrzewanie ma kolor czerwony – recenzja spektaklu “Olbrzymek”

Shrek jest łagodnym ogrem, który prędzej odgryzłby sobie palec, niż skrzywdził Osła, zajączka albo i wilka. Jednak ogrowi ze sztuki Suzanne Lebeau bliżej jest do okrutnych stworów z opowieści Braci Grimm, niż do kreskówek DreamWorks. Spektakl “Olbrzymek” na deskach poznańskiej Sceny Wspólnej stanowczo nie jest bajeczką dla małych dzieci. A w przypadku większych widzów – też nie dla wszystkich.
“Olbrzymek” – w oryginale “L’Ogrelet” czyli Ogrzątko – napisany przez Suzanne Lebeau i wyreżyserowany w Poznaniu przez reżysera Jerzego Moszkowicza, to moim zdaniem taniec “na dwa pas”. Dostrzegam tutaj konsekwentną dwoistość przejść. Najważniejsze jest wahadło emocji kołyszące się między matką, a synem zgodnie z prowadzoną narracją. Ale i nie mniej istotny jest rytm przechodzenia z zieleni w czerwień, ze znanego w nieznane, z dzieciństwa w dorosłość, z lasu w miasteczko, z natury w cywilizację.

Walka z ogrem
Chłopiec będący głównym bohaterem “Olbrzymka” ma sześć lat i mieszka w leśnej chatce ze swoją mamą. Właśnie ma opuścić przyjazne zielone otoczenie i pójść do szkoły w pobliskim miasteczku. Na perspektywę nauki oraz spotkania z koleżankami i kolegami reaguje entuzjastycznie. Mama jest znacznie bardziej zdystansowana. Ba! Jest wręcz pełna obaw odnośnie konsekwencji nowej sytuacji, ale zdaje sobie sprawę że najwyższy czas na niespotykane dotąd wyzwania. Rzeczywiście, kolejne zdarzenia związane z pobytem w szkole są dość dramatyczne i brzemienne w nieprzewidywalne skutki. Chłopiec zyskuje imię “Szymon” i praktyczne umiejętności, ale traci spokój ducha i kilkoro przyjaciół. Wiele z czyhających zagrożeń obleczone jest w czerwień. To ta barwa wzbudza niepokój i sygnalizuje drzemiące tuż pod skórą niebezpieczeństwa.

Tekst kanadyjskiej sztuki to partytura dla dwóch aktorów – matki i syna. Najważniejsze w tej opowieści są rozmowy dwóch dwóch postaci dramatu i powiązane z nimi emocje. Zdarzenia napędzające fabułę dzieją się gdzie indziej, a czasami i kiedy indziej. Opisywane są w listach, streszczane podczas rodzinnych pogawędek. Maria Rybarczyk i Radosław Elis rewelacyjnie wcielają się w role niespokojnej matki i głodnego wrażeń syna. Zwłaszcza Elis odmalowuje na swej twarzy wszystkie barwy emocji, łącznie z budzącym się w głębi ducha szaleństwem.

Słowa dwojga aktorów uruchamiają w głowach widzów imaginarium, rysują domyślaną, ale nad wyraz wiarygodną rzeczywistość. Może dlatego zdarzenia na leśnej ścieżce i klasowym boisku są tak bardzo przerażające. Znacznie bardziej budzą w dziecku lęk, niż dosłowne obrazy, które może zobaczyć w horrorze o laleczce Chucky albo w grze typu ”wypatrosz wszystkie potwory”.

Z tego punktu widzenia za błąd uważam wprowadzenie podczas inscenizacji na Scenie Wspólnej tanecznych etiud, dziejących się w drugim planie. Dobrze komponują się z przepiękną warstwą plastyczną i muzyczną przedstawienia, ale zakłócają rytm opowieści. Mało tego, młody widz może nie ogarnąć równoległego planu, na którym rozgrywa się baletowy komentarz. Chyba jednak jest to ten trzeci element, który tworzy tłum dodany do pary mama-synek.

Na najbardziej podstawowym poziomie “Olbrzymek” to po prostu wciągająca, nieco mroczna baśń. Szymon podejmuje nierówną walkę z przerażającym ogrem, niczym wzorcowy rycerz spełniając trzy wyśrubowane zadania. W nagrodę dostaje akceptację pięknej dziewczyny oraz całego miasteczka. Zdaję sobie sprawę, że tak właśnie odbierze spektakl część nie tylko młodych widzów. Jednak po wyjściu z sali teatralnej przy Brandstaettera warto poświęcić trochę czasu na nieco głębszą interpretację opowiedzianej tam historii.

Walka o Szymona
Nie ukrywam, że oglądałem “Olbrzymka” trochę jak ilustrację moich osobistych dylematów syna i ojca. Na ile ważne są geny, determinujące nasze postępowanie w przyszłości? Jak bardzo dając dziecku miłość i poczucie bezpieczeństwa, można przekreślić zło kryjące się w jego przeszłości? Czy ktoś świadom potencjalnych zagrożeń i wrodzonych skłonności, może w pełni odrzucić ich bagaż?

Z tego punktu widzenia spektakl jest szczególnie ciekawy dla dwóch grup odbiorców. Po pierwsze dla rodzin adopcyjnych. W nich zawsze myślenie “co zwycięży?” (geny rodziców biologicznych czy wychowanie rodziców faktycznych), jest źródłem wielu niespokojnych chwil. Po drugie dla rodzin poobijanych przez los. Takich, gdzie któreś z rodziców (może oboje) są równie daleko od dziecka, jak ojciec Szymona. Albo fizycznie, albo mentalnie. Myślę, że spokojnie można przedstawienie na Scenie Wspólnej zafundować jako element terapii w środowiskach trudnych.

Jednak opowieść o Olbrzymku można potraktować jako opowieść inicjacyjną, metaforę doświadczenia, które dotyka każdego rodzica. Każde z nas staje znienacka w roli mamy Szymona. Ukochane dziecko opuszcza bezpieczną zieleń, kuszone przez czerwień dorastania. Nie jest łatwo pogodzić się z sytuacją, kiedy syn albo córka zaczynają żyć samodzielnie. Zwłaszcza, jeśli wybierają inne drogi, niż sobie to wymarzyli rodzice. Okazuje się, że ważniejsze w pewnym momencie życia jest to, co powie nauczycielka i rówieśnicy ze szkoły, niż rodzice. Mama i tata nie przestają być ważni, ale przestają być jedynymi wyroczniami. To niełatwe do zaakceptowania, zwłaszcza że dorośli chcieliby dla dziecka jak najlepiej. Tyle, że ono właśnie przestaje być dzieckiem. Chce podejmować decyzję na własne konto i “chciał – nie chciał”, także na własne ryzyko. Wbrew pozorom taka sytuacja jest trudna i dla samego dziecka, zwłaszcza jeśli więź emocjonalna z rodzicami jest zdrowa i silna.

Spektakl nie przynosi ani uspokajających odpowiedzi, ani prostych rozwiązań na żaden z powyższych dylematów. Pozwala jednak oswoić trudną sytuację, a taka jest przecież jedna z najważniejszych funkcji dobrej baśni. Warto zatem obejrzeć, przemyśleć i przegadać w gronie bliskich sobie osób, które zaczynają zmagać się na serio z buzującymi emocjami adopcyjnymi, złego środowiska albo po prostu dorastania.

Ostrzeżenie dla wrażliwych
Nie dajcie się zmylić. Tytuł sztuki sugeruje fabułę milutką, przytulną i z oczywistym happy endem. Oficjalne opisy przedstawienia i wypowiedzi reżysera podkreślają wagę magiczności lasu, w którym dorasta Szymon. Opowieść kanadyjskiej dramatopisarki jest bowiem szorstka, nieoczywista, a zakończenie trudno nazwać bezsprzecznie pogodnym. Także owa niesamowitość lasu moim zdaniem nie jest dla przedstawienia zbyt istotna.

Całkiem poważnie należy potraktować więc ostrzeżenie “spektakl dla dzieci od 11 lat”. Moja dziewięcioletnia córka – chociaż dość wyrobiona teatralnie – nie oceniła spektaklu dobrze. Za bardzo był jej zdaniem przepełniony okrucieństwem. Rzeczywiście. Mimo, że drastyczne sytuacje pozostają głównie w sferze werbalnej, to bardziej wrażliwemu dziecku mogą zapewnić niejeden koszmar senny. Myślę, że “Olbrzymek” może być zbyt mocny, nawet dla co wrażliwszych dwunastolatków.

Zdaję sobie sprawę, że po takim ostrzeżeniu część rodziców i nauczycieli trudno będzie zachęcić do spotkania z Szymonem. Nie mniej jednak usilnie namawiam, aby zainteresować się “Olbrzymkiem”, bo to bardzo wartościowy i pięknie zainscenizowany spektakl. Tyle, że opiekun powinien najpierw zapoznać się z treścią samodzielnie, jeśli nie osobiście – to oglądając w Internecie realizacje spektaklu na innych scenach.

 

Scena Wspólna w Poznaniu
Suzanne Lebeau “Olbrzymek” (“L’Ogrelet”)
Spektakl dla dzieci od 11 lat
reżyseria: Jerzy Moszkowicz
Scenografia/Reżyseria światła/Rekwizyty: Jakub Psuja
Muzyka: Patryk Zakrocki
Występują: Maria Rybarczyk, Radosław Elis
Tańczy: Paulina Wycichowska
Wokal: Aneta Jankowska
Głosy z offu:
Martyna Zaremba
Michał Kocurek
Kostiumy/Rekwizyty: Angelina Janas-Jankowska
Konsultacja choreograficzna: Paulina Wycichowska
Asystentka reżysera/Inspicjentka: Izabella Nowacka
Producent: Wojciech Nowak
Polska premiera: 14.11. 2014
Spektakl współprodukowany przez Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu i Teatru Nowego im. Tadeusza Łomnickiego w Poznaniu.
Fot. Maciej Zakrzewski – materiały Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu

Komentarze

Komentarze